img_20180621_143235949

Pod białymi żaglami

Każdy z nas ma jakieś pragnienia. Są one czasem bardziej skryte, noszone wewnątrz siebie lub objawiające się w sposób otwarty. Mają wiele form nazewnictwa takich jak hobby, pasja, konik, ptok (po śląsku), zainteresowanie. Jak powiedział von Goethe – „Nasze pragnienia się przeczuciem zdolności, które w nas drzemią, zapowiedziami tego, czego będziemy w stanie dokonać”.
Z racji umiejętności wrodzonych zacząłem w młodości zajmo
wać się plastyką. Podjęcie pracy ograniczało mój czas wolny, ale pojawiły się za to środki pieniężne, które umożliwiły zakup sprzętu fotograficznego, co spowodowało, że malarstwo zamieniłem na fotografowanie.
Poszukiwanie plenerów do ładnych ujęć krajobrazów zawiodło mnie nad rzeki i jeziora, gdzie są najbardziej urokliwie zakątki. Czar białych żagli na wodzie spowodował chęć pływania żaglówkami. Nie było to jednak proste, gdyż kluby żeglarskie były przeważnie przyzakładowe no i koniecznym było ukończenie kursu żeglarskiego, aby uzyskać uprawnienia i być dopuszczonym do grona osób mogących zasiąść za sterami żaglówki „Omega” i zostać przyjętym do sekcji żeglarskiej w jednym z klubów.
Kluby zakładowe czy organizacje młodzieżowe miały za dużo członków w stosunku do sprzętu pływającego i trudno było uzyskać łódkę, aby popływać kilka godzin na akwenach lokalnych lub kilkudniowych wyjazdach na jeziora mazurskie.
Kupno łodzi nie wchodziło w rachubę ze względu na cenę. Nawet po zgromadzeniu odpowiedniej kwoty też to nie było możliwe, gdyż był to przeważnie towar reglamentowany i pierwszeństwo w zakupie miały zrzeszenia i związki zarejestrowane, a nie osoby fizyczne.
W tej sytuacji było tylko jedno wyjście tj. budować żaglówkę od podstaw na własną rękę. Można było już wtedy kupować plany od konstruktora łodzi i mając odpowiednie warunki w postaci pomieszczenia w rodzaju szopy czy garażu rozpocząć budowę samodzielnie lub w kilka osób na zasadzie maszoperii.
Praktyki nabrałem przy budowie łodzi drewnianej, której kadłub był wykonany z listew sosnowych o pokryciu zewnętrznym z długich i cienkich listewek świerkowych a pokład obłożony sklejką wodoodporną. Była to łódka otwarto pokładowa, mniejsza od „Omegi” typu BM zwana holenderką i będąca niegdyś klasą olimpijską
. Została ona wybudowana przez 4 osoby w pracowni stolarskiej szkoły podstawowej, w okresie wakacyjnym przez dwa miesiące. Te umiejętności nabyte podczas pomocy byłym absolwentom szkoły przy budowie łódki oraz dostęp do nowych technologii w okresie rządów Gierka umożliwiły korzystanie z żywic poliuretanowych, które po dodaniu środka utwardzającego można było formować w połączeniu z watą szklaną w dowolne formy uprzednio wykonanych kadłubów negatywowych jako matrycy. Można je było wypożyczyć lub wykonać na formie konstruktora lub prywatnego warsztatu mającego zgodę konstruktora na wykonanie kadłuba i oddzielnie pokładu będącego nakładką na kadłub. Dalsze prace polegały zabudowie wyjętego z formy kadłuba łodzi poprzez wstawienie grodzi pionowych, zabudowy siedzeń, stołu, bakist, półek i podłóg. Następnie przykrycie tego kadłuba pokładem górnym, przylaminowaniem czyli sklejenie góry z dołem, aby łódź stała się monolitem wodoszczelnym. ”Wodoszczelność” kadłuba jest rzeczą oczywistą, gdyż każdy wie, że dziurawa łódka zatonie. Natomiast z pokładem zamykającym łódkę od góry jest sprawa bardziej skomplikowana, gdyż wytwarza się kalina, która musi mieć po bokach okienka, za dziobem sufitowy świetlik otwierany, a z tyłu wejście do wnętrza zamykane. Uszczelnienie okien i świetlika oraz wychodzących kalii i linek oraz całego osprzętu pokładowego wymagało dużej dokładności. Część mechanizmu łodzi musi być chroniona przed deszczem, bryzgami wody oraz zabezpieczona izolacją termiczną od sufitu i ścian, aby nie skraplała się woda w kabinie na skutek różnicy temperatur. Całość należało wyposażyć w maszt, wieloboczki oraz urządzenia sterujące na rufie. Wnętrze uzupełnia się w materace, kuchenkę gazową, zlewozmywak i pojemnik na wodę. Nie wspomnę o luksusie, jakim był silnik spalinowy przyczepiany z tyłu łodzi, zawieszany na pantografie. Obowiązkowym wyposażeniem były środki ratunkowe oraz kotwica wymagana podczas rejestracji łodzi przez nadzór techniczny PZŻ –Polskiego Związku Żeglarskiego wraz z wykazem zakupionych materiałów podstawowych do budowy łodzi w formie rachunków. Budowa łodzi do pływania morskiego wymagała nadzoru technicznego przez cały okres budowy, kontrolowana przez przedstawiciela PRS – Państwowego Rejestru Statków. Pierwszą łodzią plastikową, którą wybudowałem była żaglówka zamknięto pokładowa o dł. 5,5 m. konstrukcji o nazwie „Plastuś”.

img_20180622_123626513

Już po dwóch latach okazało się, że jest za mała do pływania rodzinnego. Na rynku pojawił się nowy typ łodzi plastikowych wg projektu inż. Jaszczewskiego, typu „MAK”. Wybraliśmy z kolegą typ „MAK-707”mający długość 7,07 m. i wysokość w kabinie 1,55 m, w którym mogło spać 5 osób. Zakupiliśmy kadłub, uprzednio sprzedając „Plastusia”. Budowa trwała dwa lata włączając czas budowy wózka podłodziowego służącego do ciągnięcia łodzi nad jeziora mazurskie.

Może wydawać się, że to długi okres, ale należy pamiętać, że pewnych urządzenia nie były dostępne na rynku krajowym. Problem rozwiązywało się za pomocą ludzi dysponujących takimi sprzętami jak tokarki, frezarki, szlifierki i urządzenia do spawania stali nierdzewnej. W osłonie argonu czyli bez dostępu tlenu nie naruszano struktury monolitu stopu chromu, niklu i stali. Znalezienie takich wykonawców nie było aż tak kłopotliwe, jednak owi wykonawcy nie posiadali materiałów do wykonania takich elementów w postaci stali nierdzewnej, stopów brązu i aluminium oraz rur nierdzewnych. Większość tych materiałów odnajdowaliśmy na złomowiskach, co zajmowało sporo czasu i zachodu. Dotychczasowe doświadczenia dały efekt, gdyż potrafiliśmy już wykonać narzędzia do wyginania rur i wykonania słupków oraz balustrad czyli koszy rufowych i dziobowych w koło łodzi celem założenia linki asekuracyjnej przed wypadnięciem przy przechyle.
Po zakończeniu budowy i otrzymaniu zamówionych żagli w zakładzie państwowym, gdyż tylko oni posiadali reglamentowane płótno dakronowe do ich uszycia oraz zarejestrowaniu żaglówki i wózka pokładowego, można było w końcu wyruszyć na Mazury. Od tego czasu miesiąc pływania po wielkich jeziorach kończył się weekendowymi wypadami w trwającym ciągle sezonie żeglarskim. I tak łódź służyła nam doskonale latami. Ale i ona okazała się z czasem niewystarczająca, gdyż w kabinie nie było wygodnej wysokości stania.

Na rynku pojawił się nowy model łodzi o nowoczesnej konstrukcji i mający pojemność wysokościowa 1,85 m. z sześcioma miejscami sypialnymi. Na owe czasy był to hit. Razem z kolega zakupiliśmy plany konstrukcyjne i rozpoczęliśmy budowę łodzi korzystając nadal z „MAKA 707”. Po trzech latach doczekaliśmy się nowej, wymarzonej łodzi typu „Pegaz – 696”i w kabinie można było robić wszystko na stojąco, oprócz spania!.
Poprzednia łódź została sprzedana celem doposażenia nowej w akumulatory, silnik i ogrzewanie. Żaglówką tą zwiedziliśmy większość akwenów na śródlądziu, część Wielkiej Pętli Wielkopolski, Pętlę Żuławską, Odrę, Zalew Wiślany, Szlak Wodny Ostróda – Elbląg z pochylniami.
Ostatnią żeglarską eskapadą był wyjazd łodzią z trzyosobową załogą do Chorwacji.
Droga przez Słowację i Węgry była bezawaryjna. Żaglówkę zwodowaliśmy dźwigiem
w Splicie i zwiedziliśmy całe południowe wybrzeże aż do Dubrownika. Po drodze zwiedziliśmy wiele wysp i portów.
Najdalej oddaloną wyspą było Lastovo, położone przy granicy morskiej Adriatyku z Włochami. To piękna wyspa, która ma piaszczyste brzegi. Za czasów Jugosławii znajdowała się tam baza wojskowa i turyści nie mieli wstępu. Wyspa nie ma infrastruktury turystycznej i to jest jej plusem.
Miałem również mniej miłe przygody.

img_20180625_160513724
Na skutek uszkodzenia barku w łodzi musiałem zdemontować maszt i nie uszkadzając poprzedniej konstrukcji dorobiłem platformę za rufą oraz zamontowałem panele fotowoltaiczne dające prąd 2×12 Volt. Dokładając pomoc 2 akumulatorów żelowych 12 V o pojemności 120 ah (amperogodzin) oraz silnik o napięciu prądu 24 V przepłynąłem z kolegą rzeką Odrą od Krapkowic do Brzegu Dolnego, pokonując kilkanaście śluz. Dalej nie dało się płynąć, gdyż nie otworzono nam śluzy ze względu na niski stan wody.
Była to wyprawa do Berlina, dlatego też odczułem żal ze względu na zmianę planów.
W tym roku tytułem próby zamustrowałem się na jacht kolejnego kolegi, który notabene też go wybudował własnoręcznie jako żaglówkę do pływania morskiego. Kolega pływa nią już kilka lat tym samym zwiedził zachodnie wybrzeże Bałtyku, kanały Niemiec i Holandii oraz Morze Północne.

p1010303 p1010311 p1010321

W lipcu 2018 roku wybraliśmy się trzyosobową załogą z Kłobucka do Szczecina, gdzie zwodowaliśmy łódkę i wypłynęliśmy przez Świnoujście na morze.
Dopłynęliśmy do Nexso, stolicy duńskiej wyspy Bornholm. Następnie wypłynęliśmy na wody terytorialne Szwecji zaliczając porty Sandhamn, Kalmar, Sandvik i Nykoping, w gminie którego znajduje się lotnisko sztokholmskie.
Drogę wodną pokonaliśmy w tydzień czasu przy pogodzie dobrej. Tylko jeden dzień był bardzo wietrzny i niewiele brakowało, aby nabawić się choroby morskiej.
Pogoda w Szwecji była tropikalna. Upały 35 ºC i potworna susza powodowały, że roślinność niskopienna była prawie wysuszona, a drzewa miały częściowo zwiędnięte liście.
Obszary leśne były nawiedzane przez liczne pożary. W gaszeniu tego żywiołu brały udział również polskie jednostki pożarnicze.
Zauważyłem, że po 15 latach ostatniej bytności w Szwecji zmieniła się też nieco kultura tego państwa.
W miastach widać było dużo obcokrajowców pochodzenia afrykańskiego. Kobiety nosiły stroje bardziej wyróżniające się od strojów rodowitych kobiet Skandynawii, stąd też ich obecność rzucała się w oczy na każdym kroku. Kierowcy komunikacji miejskiej pochodzenia arabskiego również rzucali się w oczy na każdym zakręcie.
Zwiedziłem jeszcze autobusem 500 km. Szwecji wzdłuż półwyspu i wysiadłem w Goteborgu. Gościłem u kolegi przez tydzień, a planując powrót do kraju zarezerwowałem lot.

Właśnie ten ostatni rejs był dla mnie sprawdzianem tego, że jeszcze mogę pływać pod białymi żaglami przez kilka lat aż do osiemdziesiątki. Jednakże ostatnie spostrzeżenia skłaniają mnie do refleksji, że migracje i zderzenia kulturowe nie wpływają korzystnie na stabilność naszego kontynentu i z sentymentem wspominam czasy, do których jestem przyzwyczajony i w których utkwiłem światopoglądowo.

Jan Baczyński