cci20181126_0002

Tęsknota jest osadem w kielichu życia

„Tęsknota jest osadem w kielichu życia” Ambrose Gwinnett Bierce

O tęsknocie postanowiłam napisać, z którą mierzyłam się od pierwszych chwil po decyzji wyjazdu z kraju do miejsca dalekiego i dzikiego. Znalazłam się w tej sytuacji przez mojego męża, który uparł się by zmierzyć się z Afryką. I długo się przekonywałam… Chciałam być wsparciem dla małżonka, a i ciekawość Czarnego Lądu była wielka. Nie przypuszczałam, że jeszcze większa będzie tęsknota…

Mój mąż dostał pracę w Republice Południowej Afryki. Nie mieliśmy nic do stracenia. Sytuacja w Polsce była niewesoła, problemy polityczne, a Afryka tliła obietnicą lepszego.
Gdy przyszedł dzień wyjazdu, emocje sięgały zenitu. Wzbijaliśmy się po raz pierwszy w górę, by spędzić na tej wysokości 12 kolejnych godzin. Korzystając z wolnych 4 miejsc w samolocie usnęłam niczym na łóżku i tak przespałam cały lot.
Zaskoczeniem był dla mnie kolor ziemi, po której stąpałam. Czerwona ziemia w tamtej chwili kojarzyła mi się z piekłem, przecież towarzyszyła mi niepewność i strach.
Już na lotnisku w Johannesburgu zaczęła się cała przygoda, którą miałam przeżywać na obcym terenie i w obcym języku. Nikt po nas nie wyjechał, nikt nie zatroszczył się o samopoczucie i nikt nie zapewnił pomocy. Mogłam też o nią poprosić, ale nikt tym bardziej nie rozumiał. Frustracja
w takich chwilach rośnie szybko, w głowie mnóstwo znaków zapytania i żal. Na całe szczęście mąż pokazał obcojęzycznej kobiecie dokument, który przeczytała i starała się nam pomóc. Dokumentem był kontrakt z firmą, która go ściągnęła do pracy. To ta życzliwa osoba, w naszym imieniu zadzwoniła do owej firmy i uzyskawszy informację, kazała czekać przy punkcie obsługi, aż ktoś się po nas zjawi. Uśmiechnięta, wyrecytowała słowo OKAY?, co akurat zrozumieliśmy. Pani Grażyna, pracownica firmy mojego męża, która miała nas odebrać z lotniska, posłała po nas afrykańskiego kierowcę. Nie udało mu się nas odnaleźć i trwało to jakiś czas póki wszystko dobrze się skończyło.
Pani Grażyna osobiście odebrała nas z lotniska i następnie zawiozła do miejscowości Vanderbijlpark, naszego nowego miejsca zamieszkania.
I tak oczom ukazało się nieznane.
Po drodze zrobiło się zielono. Uprawy rolnicze sięgały horyzontu. Wzdłuż drogi ciągnął się drut oddzielający tereny prywatne. W oddali, co rusz, gdzieś za drzewami skrywały się gospodarstwa. Mijane po drodze miejscowości były bardzo zadbane.
Tam, gdzie zamieszkują Afrykanerzy, przy domach rosną kwiaty, drzewa, ulice są czystsze. Jeszcze nie wiedziałam, że RPA to miejsce kontrastów. Że zobaczę obrzeża miast, gdzie ulokowane są slamsy. Domy z blachy ustawione są w niewielkiej odległości od siebie, którą wypełnia muzyka
i śmiechy rozbawionych dzieci biegających za toczoną, starą oponą. Nie wiedziałam jeszcze, że
w przyszłości czarnoskóra pani będzie bujała moje dziecko na ogrodowej huśtawce i będzie mi pomocą w każdych domowych czynnościach. Że zobaczę bogactwo natury w najpiękniejszej odsłonie, a na jej tle wielką zamożność i też wielką biedę. Że zasmakuje banana prosto z krzaku i że spotkam ludzi, takich jak ja. Ludzi, którzy musieli sobie radzić z tęsknotą za Polską i bliskimi.
Po godzinie byliśmy już w hotelu. Obsługa oczywiście czarnoskóra, nienaganna i do naszej dyspozycji. Apartamenty na wysokim poziomie, czysto i pachnąco. Tylko ten język nie podobny do polskiego, uświadamiający fakt, jak daleko od naszego, kochanego kraju jesteśmy. Podczas zamawiania posiłków i każdej innej okazji wymagającej porozumiewania towarzyszył nam wstyd. Kiedyś uczono nas rosyjskiego, ale angielski był teraz potrzebny, i nie tylko na tą chwilę, ale na całe następne lata. Rozpłakałam się zdając sobie z tego sprawę. Leżałam na łóżku gapiąc się
w sufit, słuchając gruchotu turkawki gdzieś na końcu świata. Tak spędziliśmy miesiąc
w apartamencie hotelowym mając jedno zadanie, aklimatyzować się w nowym, obcym, anglojęzycznym środowisku. Wiedziałam już wtedy, że na stałe tu nigdy nie osiądę.
Mąż po dwóch tygodniach zaczął pracować, a po miesiącu otrzymaliśmy od firmy klucze do naszego domu. 147 m2 pustego pomieszczenia, do którego mieliśmy wprowadzić życie. Podczas gdy mąż był w pracy, a syn w szkole, przestrzeń wypełniał smutek samotności. Żeby nie zwariować szukałam sobie prac domowych, prac w ogródku. Na ogół takimi pracami zajmuje się pracująca dla nas czarnoskóra obsługa, ale dla mnie to było zajęcie zajmujące głowę. Nawet 40 stopniowy upał nie zdołał mnie od prac odciągnąć, choć wygodniej byłoby pić lemoniadę na jednym z tarasów.
I tak mijały dni. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i kolejny ciążki okres. Bez rodziny, bez zimy, bez nastroju świątecznego w promieniach słońca szykowałam Wigilię. Zaprosiliśmy znajomych Polaków na kolację, ale w milczeniu i ze łzami w oczach świętowaliśmy wieczór. Odnaleźliśmy się w Afryce wśród Polonii, polskich klubów i polskich mszy. Mężowi było łatwiej. Uczył się języka i pracował. Poznawał Afrykanerów i wciągał się tamtejszą codzienność. Widział możliwości tego kraju i fascynowały go miejsca, które są atrakcją turystyczną dla całego świata.

cci20181126_0001
I po półtora roku nadszedł w końcu dzień, w którym wchodziłam do samolotu lecącego do Frankfurtu, a stamtąd prosto do Warszawy. Wzruszenie tego dnia było niemijające i zamieniało się w płacz, ale miałam w nosie, że ktoś mnie obserwuje. Najważniejsze, że odwiedzałam rodzinę, której nie widziałam od tak dawna. Jaka to była radość, kiedy to na lotnisku już witali nas utęsknieni bliscy. To był grudzień i czułam atmosferę zbliżających się Świąt. Była zima, do której tyle razy w myślach wracałam, słyszałam polski język i wszystko jakby było normalniej. To były chwile prawdziwego szczęścia, chociaż mąż został wtedy w RPA.

Opisałam Wam, kochani czytelnicy ciężkie chwile tęsknoty za moim ukochanym krajem. Jestem zakochana w Polsce, uwielbiam ją odkrywać i zwiedziłam praktycznie całą wzdłuż i wszerz. Jestem również patriotką dźwigającą i szanującą historię naszego kraju. Wyjazd do innego państwa, który miał się stać domem był dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Ilekroć wracałam
w odwiedziny do Polski za każdym razem czułam się tu dobrze. Moje trwanie w RPA wyznaczały kolejne planowania odwiedzin. Tęsknota była wielka i trwała aż 20 lat, kiedy to na dobre wróciliśmy. Afryka jest teraz już tylko wspaniałym wspomnieniem.

Danuta

cci20181126