16881012_10209268516052479_1452407291_o

Płyń, po morzach i oceanach i nieś sławę Polskiego marynarza i sternika cz. 2

link do cz.1: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/plyn-po-morzach-i-oceanach-i-nies-slawe-polskiego-marynarza-i-sternika-cz-1/

link do cz.3: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/plyn-po-morzach-i-oceanach-i-nies-slawe-polskiego-marynarza-i-sternika-cz-3/

Nigdy nie byłem po drugiej stronie „buta włoskiego”, dlatego postanowiłem ze znajomymi wyczarterować jacht. Nazywał się S/Y Kapitan Morgan i dnia 4 czerwca 2000 roku weszliśmy na jego pokład w porcie Pula na pięknym półwyspie o tej samej nazwie w Chorwacji.

Kilkaset metrów od portu znajduje się amfiteatr rzymski niewiele ustępujący wielkością i urodą Colosseum. Zachowało się tam tez wiele innych budowli z czasów rzymskich, które zwiedziliśmy. Jacht był wygodny i okazały, lecz było widać, że jego lata świetności przemijają. Z tego też powodu na stałe był zaokrętowany bosman, który był zarazem przedstawicielem armatora. Znał on wszystkie niedostatki i wady jednostki. Dlatego też bosman był potrzebny, żeby szybko i sprawnie likwidować wszelkie usterki.

Popłynęliśmy do Wenecji. Pomimo dłuższego krążenia wzdłuż laguny, nie mogliśmy znaleźć miejsca do zacumowania. W końcu dobiliśmy do niewielkiej przystani, będącej częścią klasztoru zakonników. Było to już na wyspie na przeciwko placu Św. Marka. Niestety oddzielał nas od centrum Grande Canalo, dlatego skorzystaliśmy z tramwaju wodnego, żeby móc zwiedzać piękną Wenecję. Opłynęliśmy statkiem spacerowym cały wielki kanał, a następnie pieszo zapuściliśmy się w wąskie uliczki z przejściami przez urokliwe mostki. Jeden z kolegów kupił plan Wenecji, co umożliwiło nam swobodne zwiedzanie i szczęśliwy powrót do portu. Drożyzna, tłumy turystów, szaro bura woda, zapachy przeróżne, raczej nie przypominające perfum. Czas uciekać na czyste i ciepłe wody Chorwacji. I tak przez porty Rywinij, Skradlin, Trogir, dotarliśmy do portu końcowego w Splicie, gdzie oddaliśmy okręt nowej załodze.

Wybrzeże Chorwacji dało naszym oczom wiele miłych doznań i urokliwych obrazów. Ale to tylko połowa wybrzeża chorwackiego. I znowu postanowienie. Za rok wracamy. Ale stare krypy idą w sina dal.

Czarterujemy teraz wygodną i nowoczesną łódź typu BAWARIA 42 o nazwie S/Y DORA, z ożaglowaniem aż 90 metrów kw. I tak 09 czerwca 2001 roku wypłynęliśmy z Sukosanu, z zamiarem dopłynięcia do Dubrownika i z powrotem. Kapitanował Marek Nizielski, a ja byłem II oficerem. Rejs wiódł przez porty w Biogradzie, Vela Luca, Lombarde i Dubrownik jako cel podroży. Jest to po Wenecji następna perła wybrzeża Adriatyckiego. Zresztą w średniowieczu skutecznie konkurowała z Republiką Wenecką. W jeden dzień nie sposób zobaczyć wszystkich zabytków. Różnice wzniesień są znaczne, a połowa drogi to schody. Tutaj można liczyć tylko na własne nogi. Port jest oddalony o kilka kilometrów od miasta i tutaj działa komunikacja publiczna.

Na szczęście po powrocie do portu można było skorzystać z basenu kąpielowego i ochłodzić rozgrzane i opalone ciała. W trzecim dniu wypłynęliśmy w drogę powrotną przez Hvar, Split, Trigor, Vonice do portu macierzystego w Sukosanie.

Tak zakończyła się ostatnia wyprawa w okolice Basenu Śródziemnomorskiego i 23 czerwca 2001 roku oddaliśmy jacht w Marinie po przepłynięciu 467 mil morskich. Dalszych wypraw w tym czasie już nie mogłem planować. Rodzina, praca
i dom domagały się większej troski i mojej obecności.

Wolny rynek i zmiany gospodarcze w naszym kraju spowodowały, że właściciele firm musieli więcej czasu spędzać przy biurkach w swoich gabinetach. I taka dziwna sytuacja pozwoliła mi na nowa przygodę. Nie mogę chciałbym podawać tutaj nazwiska, ale pewien biznesmen nazwijmy go panem X, zmuszony do powrotu do kraju, by ratować swoją firmę, pozostawił jacht na Dominikanie. Oczywiście mój przyjaciel i znany już w opisie kpt. Marek Nizielski zadzwonił do mnie i zaproponował przyprowadzenie pozostawionego jachtu do wybrzeży Europy. Czas naglił ze względu na wysokie opłaty postojowe w porcie na Dominikanie.

Kpt. Marek zaczął organizować wyprawę. Było to poważne wyzwanie logistyczne. W tej sytuacji nie mogłem pozostawić mojego przyjaciela bez pomocy.

Najważniejsze były uzyskanie wiz paszportowych USA, zabukowanie biletów lotniczych, skompletowanie załogi, szczepienia przeciwko chorobom tropikalnym i wiele innych większych i mniejszych formalności, które spędzały sen z powiek organizatorów tej wyprawy. Ostatecznie po załatwieniu wszystkich formalności pięcioosobowa załoga 18 kwietnia 2002 roku wsiadła do samolotu rejsowego z lotniska na Okęciu do Madrytu, a później Jambo – Jetem już na Dominikanę. Po wylądowaniu w Santo Domingo udaliśmy się wynajętym rozklekotanym busem do Mariny, pilnie strzeżonej przez uzbrojonych w długą broń ochroniarzy. Uspokojono nas jednak tłumacząc, że środki takie są podjęte w związku z sąsiedztwem pobliskich slumsów, skąd mogą się zdarzać wypady nawet 50-osobowych grup nieletnich rabusiów. Jedyna bronią odstraszająca są karabiny strzelające powtarzalnie drobnym śrutem, który skutecznie powstrzymuje takie ataki.

Zaopatrzenie w wodę, paliwo, gaz i artykuły żywnościowe zajęły nam kilka dni. Przy okazji należało zwiedzić stolicę Santo Domingo, gdzie odbywały się wtedy przygotowania do wyborów. W mieście jeździły nagłośnione samochody
i wielkim hałasem nawoływały do głosowania na rożne partie i kandydatów. Zapuściliśmy się tez do zwiedzenia przyległej do mariny części slumsów zamieszkałych przez ok. milion mieszkańców.

Były to przeważnie sklecone z kartonów, blachy falistej i sklejki niewielkie pomieszczenia, które jedna w jedną były osobliwie do siebie podobne. Czyli niby pokój, niby kuchnia, lodówka i telewizor. Plątanina kabli, drutów, anten, a między nimi sklepiki i wszechobecny zapach smażonych kurczaków. Doświadczenie dla nas ogromne. Zobaczyć coś takiego na własne oczy bezcenne. Ale po powrocie do Mariny, gdy wpuszczający nas strażnik dowiedział się gdzie byliśmy, w tempie kałasznikowa wściekłym, donośnym głosem wypowiadał takie słowa, że może nawet lepiej, że słabo znamy język hiszpański. Jednym słowem opieprzył nas z góry na dół i skwitował, że mieliśmy ogromne szczęście, że jeszcze wróciliśmy do portu. Zrozumieliśmy to, gdy pokazał międzynarodowy znak pukając palcem w czoło. Dalsze zwiedzanie mogliśmy uskuteczniać tylko z przewodnikiem, który miał licencje i władał językiem polskim, czeskim i rosyjskim słabo, ale mogliśmy się dogadać.

Nadszedł dzień 22 kwietnia 2002 r. godzina 1200. Zaokrętowani i przygotowani do dalekiego rejsu wyszliśmy S/Y DRABI przez Morze Karaibskie na południowy kraniec Kuby. Podroż przebiegała bez większych problemów przy sile wiatru od 3 do 6 w skali Bouforta. 26 kwietnia urwała się na dziobie skrzynka metalowa z łańcuchem kotwicznym. Skrzynkę wrzuciliśmy Neptunowi, a łańcuch wrócił na właściwe swoje miejsce do luku kotwicznego. Później urwało się ucho od szotów foka. Ale to nie było wielkim problemem, zmieniliśmy żagiel i napawając się widokiem wody ze wszystkich stron łodzi płynęliśmy dalej. Późnym popołudniem piękny widok dla naszych oczu. Zafalowało wybrzeże południowego cypla Kuby. Około 21 weszliśmy w zatokę, na której końcu znajdowało się drugie co do wielkości, po będącej na północy Hawanie, miasto Santiago de Cuba.

O 23.oo zarzucono kotwicę przy Marinie Santiago. Trzeba było teraz czekać do następnego dnia, żeby zrobić odprawę. Ale nie było nam dane spokojnie odpocząć. Przy nagłych manewrach podczas wpływania do mariny zaciął się ster. Przy okazji naprawy któryś z kolegów zauważył, że zębatka od koła sterowego jest mocno zużyta. Chałupniczym sposobem doprowadziliśmy co się dało do stanu używalności.

27 kwietnia uzyskaliśmy pozwolenie na podejście do nabrzeża Mariny celem odprawy. Podliczyliśmy, że trasa od początku do dnia dzisiejszego wyniosła 370 mil morskich. O godzinie 104o zjawili się celnicy. Później inna grupa przeprowadziła odprawę paszportowa. Następna grupa, to odprawa fito – sanitarna. Czwarta grupa, to odprawa medyczna. Dezynsekcja to piata grupa celników.

Po radosnych ośmiu godzinach odprawy byliśmy zmęczeni jak diabli i lżejsi o kilkadziesiąt dolarów amerykańskich, bo każda komisja miała swój cennik.

Jeszcze tylko, w celu zapewnienia bezpieczeństwa przywódcy Kuby, jedna z grup sprawdziła, czy nie zagrażamy ich socjalistycznej ojczyźnie i zaplombowali nam bakistę do której musieliśmy złożyć GPS, rakietnicę z nabojami i race dymne. Port żeglarski przy którym cumowaliśmy, był nowo zbudowanym kompleksem. Klimatyzowana świetlica, bilard, basen i przytulna restauracja.

Był to obiekt strzeżony przez dwóch osobników w czarnych spodniach i białych koszulach z krótkofalówkami. Nie widziałem tam innych Kubańczyków oprócz obsługi. Wyjątkiem była modnie ubrana młodzież, dzieci prominentów, odwiedzający w weekendy klimatyzowany bar z bilardem. W marinie cumowało kilka zagranicznych jachtów z załogami. Było ich jednak niewiele. Jak sobie przypominam, to z nami chyba pięć załóg.

Do centrum dojechaliśmy dziwadłem przerobionym z ciężarówki, z ławkami wzdłuż burt i brezentowym dachem. Nazwałbym ten pojazd puszka dla sardynek, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a stojące były wykorzystane co do milimetra, włącznie ze stopniami tego pojazdu. Kierowca cisnął pod górę gaz do dechy, ale za to z góry oszczędzał, bo nawet wyłączał silnik. Szczęśliwie dojechaliśmy do centrum. Rzuciła nam się w oczy duża budowla. Był to kościół. Chyba go remontowali, bo drzwi i okna były szczelnie zabite deskami.

Na środku placu była scena z desek, która służyła do wielu celów. Prominenci mogli z niej przemawiać, a za pozwoleniem władz zaproszone kapele mogły prezentować swoje umiejętności. Czuliśmy się prawie swojsko, bo po ulicach jeździły stare Wołgi, Moskwicze, Fiaty 125, maluchy, Łady i od czasu do czasu wielkie amerykańskie Chevrolety z lat 60-tych. Sklepy były tak zaopatrzone, jak w filmach pana Barei. Ale były też otwarte sklepy z luksusowymi towarami, gdzie można było kupować za bony i prawdziwe dolary amerykańskie. Ludzie jednak byli pogodni i uczynni. Nie było widać na ich twarzach zmęczenia reżimem. Spacerując po uliczkach wsłuchiwaliśmy się w muzyczkę, która dolatywała prawie z każdej knajpki. Rywalizowały tam miejscowe i zaproszone zespoły. Przezornie uważaliśmy jednak na słowa, bo wśród rozbawionych Kubańczyków kręciło się wielu „smutnych” panów, którzy bacznie obserwowali zachowanie swoich ziomków i przybyłych turystów. Innych uciech nie było, bo chociaż panie w czerwonych sukienkach dawały jakieś znaki, to wystraszeni opowieściami znajomego lekarza szybkim krokiem wracaliśmy do zacumowanego jachtu.

Nastał kochany dzień 30 kwiecień godzina 11oo. Słoneczko grzeje, dosłownie żar. Wypływamy na silniku, bo wiatru jak na lekarstwo. Wypływamy z zatoki. Cała załoga zadowolona. Mamy zaopatrzenie, które kupiliśmy w kantynie na Kubie. 64 butelki 1,5 litrowej wody mineralnej, owoce, pieczywo, puszki z mięskiem i najważniejsze 72 puszeczki piwka 0,33. Kapitan obrał kurs na Florydę, żagle postawione. Wachty rozdane, każdy wie kiedy ma coś robić, a kiedy może sobie oglądać widoczki. Czyli wodę z przodu, wodę z tyłu i wodę z obu burt. Podobno gdzieś z prawej burty są piękne Wyspy Karaibskie, ale jak kupimy sobie pocztówki, to je zobaczymy.

Troszkę zaczęło wiać, ale w zupełnie innym kierunku, i tak zmagając się z halsowaniem brnęliśmy północno – zachodnim kursem przy jakiś 4-6 węzłach. I tak siedem dni. Codziennie te same cztery twarze i moja piąta w lusterku. Jedyna rozrywka to opierniczanie kolegów, którzy akurat mieli wachtę kambuzową tzn taką, która przygotowuje posiłki. Teraz wypadałoby podać nazwiska kolegów, którzy byli na jachcie: Kapitan Marek Nizielski, I oficer Waldek Żurek, I wachtowy Janusz Kusiakiewicz, II oficer Jan Baczyński, II wachtowy Wacek Tagowski. Fajni koledzy, fajne gęby. Dla zabicia czasu słuchaliśmy nagrania Coena, bo tylko takie kasety właściciel zostawił na jachcie.

Po siedmiu dniach żeglowania z samego rana ukazał się brzeg Florydy, a po kilku następnych godzinach mogliśmy zobaczyć wieżowce Miami. Dochodziła godzina 14-ta. Słonce praży, a my musimy wpłynąć na wyznaczone miejsce Hall Of Fame. Tylko jak to teraz znaleźć!

Bo proszę sobie wyobrazić port Lauderdale Beach, który z lotu ptaka wygląda jak 50 szachownic. Takie 100 Wenecji. Kapitan za sterem, a my siedzimy na burtach i szukamy jakiejkolwiek informacji, żeby znaleźć szlak do portu. Błądziliśmy tak ponad 3 godziny tymi kanałami. W końcu nastąpił cud i ktoś nas właściwie pokierował do naszego celu. Teraz tylko wpis do dziennika pokładowego. „7 maja 2002 przebyte mile morskie 1183 godzina 18oo”.

Piwa już oczywiście dawno brakło, to idziemy spać, ale jesteśmy w Ameryce. Warto by coś zobaczyć. Wybieramy się całą załoga, żeby zwiedzać. Tylko co? Na półwyspie wieżowce, Ocean szumi potężnymi falami, ogromne plaże, obok autostrada. Z drugiej strony domki, wille, sklepy. A wszędzie łodzie, jachty, motorówki.

Nie pozostało nam nic innego jak odwiedzić sklep, gdzie uśmiechnięty czarnoskóry sprzedawca, każdą zamówioną przez nas butelczynę piwka, pakował osobno do papierowej torby. Ten widok trzeba było jakoś przetrawić.

Nie wnikając w dokładne szczegóły, ze względów rodzinnych dwóch kolegów z załogi musiało odlecieć do kraju. Pozostało nas trzech. Zrobiliśmy potrzebne zaopatrzenie w prowiant. Dokupiliśmy paliwo. Sprawdziliśmy jacht i żagle. Północ, zaczyna się nowy dzień 10 maja 2002 rok. Obieramy kurs wzdłuż Wschodniego Wybrzeża na północ. Trochę zaczęło wiać. Fajnie się płynie. Ale jak przygoda, to przygoda. Żagle ciut starawe, więc oczywiście musiało coś się urwać albo popękać. Ściągamy szmaty i bierzemy się za naprawę. Ucho kliwra małego tez naprawione. Nadszedł czas na zmianę kursu.

Kierujemy się do portu Morehead City. Jest 15 maja dochodzi godzina 10-ta. Marina Dook Side wita nas o godzinie 17-tej. Ameryki ciąg dalszy. Tutaj musimy dokładnie ponaprawiać zniszczony i zepsuty sprzęt. Najtrudniej było znaleźć zębatkę od malucha, którą właściciel schował gdzieś na jachcie. Była ona potrzebna, bo koło sterowe posiadało taką właśnie część. Jak to stare, po prostu się starło. Jeszcze dorobić klin i będzie OK. Tylko teraz gdzie? Oczywiście świat jest mały. W Morehead City znaleźliśmy warsztacik naprawczy, którego właścicielem był Polak – Eddie Bagrowski, który już nie mówił w ojczystym języku. Starszy pan wypożyczył nam potrzebny sprzęt, wziął symbolicznego dolara i po skończonej naprawie pożegnał nas bardzo serdecznie.

Zaczęło wiać. Ale tak wiać, że nie można wypłynąć z mariny. Siedzimy w porcie. Słuchamy kaset Coena, dopijamy resztki piwa. Trzeci kolega dostaje telefoniczną wiadomość, że musi wracać do kraju. Zastajemy z Markiem sami. Czyli najdłuższa i najtrudniejsza droga będzie wyzwaniem tylko dla Marka i dla mnie.

21 maja o godzinie 9oo oddano cumy od nabrzeża i S/Y DRABI kursem północnym z dwójką załogi wyszedł na Ocean. Następny dzień to coś z filmu „Gniew Oceanu”. Sztorm.

Buja nas na prawo i lewo. W górę i w dół, a ja coraz gorzej się czuję. Nie mogę pomóc Markowi. Padłem na koję i nie mogłem ruszyć ani ręką ani nogą. Kapitan postanowił wrócić do ostatniego portu. Chyba na samą myśl o lekarzu wyzdrowiałem. Niestety o wypłynięciu nie było mowy. Akumulatory padły, luki okien się rozszczelniły, stacyjka zalana. Trzy dni przymusowe w porcie. Następny wydatek dolarowy. Zakupienie nowych akumulatorów, silikonów, uszczelniaczy i naprawa stacyjki od rozrusznika. Cały czas sztorm. Kiedyś musi przestać, czekamy.

Niedziela 24 maja. Budzi nas ryk silników motorowych. To miejscowi mieszkańcy wypływają sobie na ryby. Pogoda się zupełnie zmieniła. Jeszcze raz dokładnie sprawdzamy jacht i szykujemy się do dalszego rejsu.

Jeszcze ostatni spacer po Morehead City. Typowa miejscowość turystyczna.

Chyba tyle samochodów ilu mieszkańców. Wszyscy jeżdżą. Miasteczko żyje szybko. Sklepiki z pamiątkami, kafejki, bary. Ponieważ była to niedziela mogliśmy z Markiem zobaczyć, jak wesoło bawią się tubylcy.

Na rynku ustawiona była scena, na której występowały kapele szantowe.

Mieszkańcy poprzebierali się w stroje z epoki piratów. Zabawy, śpiew, tańce. Dookoła rynku stragany z potrawami, pamiątkami i różnym badziewiem, które można kupić chyba w każdym zakątku świata. Mnie najbardziej zainteresowało stoisko, gdzie dwóch starszawych panów proponowało przepiękne repliki starej broni. Pistolety na proch, biała broń, noże pirackie. Niestety musiałem zrezygnować z jakiegokolwiek zakupu. Trochę wyróżnialiśmy się z tłumu. Pewnie dlatego, taki aktor amator po zakończonym występie, zagadnął nas skąd jesteśmy. Jak się dowiedział przywitał nas w południe słowami „dobry wieczór”. Okazało się, że był z żoną w Krakowie na festiwalu szantowym.

Powoli z kapitanem kierujemy się do portu. Oglądamy jeszcze małe drewniane domki. Otwarte okna albo brak jakichkolwiek żaluzji pozwala zobaczyć ładne drewniane meble stylizowane chyba na jakiegoś Ludwika. Ostatnie zakupy w markecie. Niechcący potrąciłem jakąś starszawa panią. Z przyzwyczajenia powiedziałem „przepraszam” na co usłyszałem „proszę uprzejmie”. Pani 20 lat mieszka w Ameryce i też robiła zakupy. Personel marketu zamówił nam taksówkę i tak załadowani, włącznie z rumem, wróciliśmy na jacht.

Poniedziałek 25 maja 2002 rok godzina 15oo. Po raz drugi wypływamy z tego samego portu. Dopływamy do Oceanu. Stawiamy żagle, wyłączamy silnik. Lekka bryza pomaga nam w obraniu kursu. Nadchodzi wieczór. Przestaje wiać, napływa wilgotne powietrze, żagle przestają pracować, wszystko jest mokre od rosy. Żagle się śmieją, a my z Markiem przeklinamy po cichu, chociaż i tak nikt nas nie słyszy. Dla rozweselenia lampka rumu dla Marka i dla mnie, a trzecia dla Neptuna, niech wie, że płyną Polacy. Świt wynagrodził nam markotną noc. Z jednej strony ogromne czerwone słońce budziło dzień, a zupełnie po przeciwnej stronie ogromny blady księżyc dawał nura do Oceanu. Neptun chyba przyjął od nas lampkę rumu, bo trafiliśmy na płynący prąd ciepłej wody wzdłuż wybrzeża amerykańskiego, który nazywa się Golsztrom.

Jest to prąd wypływający z zatoki Meksykańskiej i ciągnie się za wybrzeże Anglii. Była to dla nas swoista autostrada do Europy. Teraz nawet płaski Ocean bez fal i wiatru i tak z prędkością dwóch węzłów przybliżał nas do kraju. Nudy. Zaczęliśmy ulepszać sprzęt. Z ogromnej patelni zrobiliśmy grilla. Zamontowaliśmy linkę asekuracyjną wzdłuż pokładu, bo kiedyś przecież musi zacząć wiać. 10 kilowa kotwicę, schowaliśmy do ahterpiku, bo i tak mogłaby teraz posłużyć tylko jako kamień do szyi. Do dna było jakieś 2000 metrów, nie mieliśmy takiego łańcucha. I tak na bezwietrznym letargu minął następny dzień. Coena znamy już chyba na pamięć. Rumu wody i zaopatrzenia mieliśmy na pięć osób, a nas tylko dwóch. Trzeba to jakoś spożytkować. Do kilku kropel herbatki dolewaliśmy rumu, a może jakoś odwrotnie, ale efekt był dobry. Dzień spędzaliśmy razem z Markiem na pokładzie snując opowiadania i przypominając sobie stare dowcipy. Nocne wachty były rozłożone sprawiedliwie na dwóch, co było łatwo wyliczyć godzinowo. Do moich obowiązków było kucharzenie. Chyba nieźle wyszło, bo przyjaciel do dzisiaj cieszy się dobrym zdrowiem. I tak kilka następnych dni.

Niedziela. Zaczyna wiać. Średnia genua zaczyna pokazywać wesoły brzuszek. Grot jest na pierwszym refie. Zaczyna się prawdziwe pływanie. GPS pokazuje, że płyniemy z prędkością prawie 11-tu węzłów. Nizielski żartuje, że ta jednostka to chyba po raz pierwszy płynie z taką prędkością. Obliczamy przepłynięte mile. Coraz mniej rozmawiamy. Cieszymy się
z wiatru i fajnego pływania. Ciągnie do domu. Czegoś brakuje. Najlepsze na taka tęsknotę jest jedzenie. Zabrałem się za gotowanie. Wziąłem największy gar, jaki był na jachcie. Zacząłem pitrasić zupę jarzynową. Cztery ziemniaki, kapusta, seler do tego puszka marchewki z groszkiem, fasolka szparagowa z bobikiem, wszystko przyprawione Vegetą i kostkami rosołowymi. Oczka w zupie trzeba było zrobić z oleju kukurydzianego, którego mieliśmy w nadmiarze. Samoster włączony, zapraszam na domowy obiad. Repetowałem kapitanowi i sobie do dna gara. Któregoś dnia Marek zapytał mnie, dlaczego nie jemy zabranego z ojczyzny „paprykarza szczecińskiego”. Odpowiedziałem mu, że będą to żelazne porcje. Jednak jakimś dziwnym trafem znikały w tempie zastraszającym puszki z mielonkami.

autor: Jan

16910767_10209268394089430_1607711778_o