17274112_10209437886326630_1041203980_n

Płyń, po morzach i oceanach i nieś sławę Polskiego marynarza i sternika cz. 3

link do cz.1: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/plyn-po-morzach-i-oceanach-i-nies-slawe-polskiego-marynarza-i-sternika-cz-1/

link do cz. 2: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/plyn-po-morzach-i-oceanach-i-nies-slawe-polskiego-marynarza-i-sternika-cz-2/

Ocean Spokojny. Po kilku dniach ostrego pływania, wiem skąd taka nazwa. Wiatr zdechł, Słońce grzało do 30-tu stopni. Popycha nas tylko przyjazny prąd. Teraz nocna rosa staje się zbawienna, bo zmyła sól z żagli i pokładu. Duży zapas słodkiej wody pozwalał na opłukanie ciała po morskiej kąpieli. Wyciągnąłem butelkę rumu i zastanawiałem się, czy zepsuć smak herbatką, czy raczej podać na surowo. Wybrałem to drugie. Czekamy na wiatr. A tu zaczyna nas znosić. Coś zaczyna wariować albo GPS albo kompas. Stanąłem na pokładzie. Co tu wymyślić? Wiatr wieje w inna stronę, fala zupełnie w drugą. Czyżby to zapowiedź sztormu? Następny ranek przywitał nas dużym wiatrem i deszczem. Ubrani w sztormiaki zabraliśmy się do pracy. Stałem przy sterze z włączonym silnikiem. Marek poprawiał raksy na foku. Zrobiła się wysoka fala. Ustawiłem łajbę pod wiatr. Jeszcze kilkanaście minut i znowu wejdziemy na prawidłowy kurs. Samoster – zbawienne urządzenie. Zacząłem wymyślać ulepszenia. Leje deszcz, wieje wiatr, jak tu nie moknąć? Kilka linek, porządne węzły i przedłużki do samosteru gotowe. Teraz suchutki mogłem siedzieć w ciepłej
i suchej kabinie sterując S/Y DRABI. Mocne klepnięcie kapitana w moje plecy musiało wystarczyć za order pomysłowości. Rum na stół!

Jaką miłą przewagę ma stara konstrukcja jachtu, którym płyniemy, nad malutkimi jednostkami. 16 ton i kil przez całą długość łodzi pozwala łagodnie ślizgać się po falach. Przechyły są niewielkie, a wiatr od rufy albo półwiatry dają ogromną radość pływania. Właściciel przerobił ten jacht na jednomasztowiec, chociaż pierwotnie była zbudowana wg planów jachtu Horn 30 jako szkuner stagslowy. Teraz powierzchnia żagli była mniejsza, ale niczemu to nie przeszkadzało.

2 czerwca, wieje. Robimy 140 mil. Samoster działa doskonale. Wyciągamy z Markiem głowice maszyny do szycia typu „Singer” i zaszywamy lekko uszkodzony żagiel grota. Takie „krawcowanie” było konieczne, ponieważ po założeniu innego kompletu żagli okazało się, że nie zdadzą egzaminu. Radio Navtex wyświetla prognozę. Będzie zmiana. Przygotowujemy się do silnego wiatru. Opuszczamy grota na drugi ref. Teraz nie sprawdzamy przebytych mil. Wiatr rośnie. Dookoła tylko woda. No cóż nie tylko natura niszczy sprzęt. Wchodząc na balustradkę wokół masztu, któryś z nas ją załamał. Chyba zrobił to Marek, bo ja jestem dużo, dużo lżejszy. Żeby nie było dalszych problemów, wyrwaliśmy podgniłą już balustradkę i schowaliśmy do jakiejś pustej bakisty. Jesteśmy na dobrym kursie, który prowadzi nas do Europy.

Ale przed nami jeszcze daleka, daleka droga. Jedzonko, to naprawdę miła chwila na jachcie. Starałem się urozmaicać jedzenie, a nieświadomemu Markowi podawałem posiłki, zaprawiając je Vegetą, różnymi smakowymi kostkami, wymyślając przy tym swoje nazewnictwo. Jadł i przyjmował wszystko za prawdę w moim doskonałym kucharzeniu. Kilka dni i znowu wiaterek osłabł. Z daleka widać jakiś okręt. Ocean robi się łagodny. Rutynowo sprawdzamy żagle, okucia. Znalazłem kilka dziur w pokładzie, to po tej wyrwanej balustradzie. Zaklejamy drewnianymi kołkami i silikonujemy dokładnie.

8 czerwca. Świt budzi mnie deszczem i dużym wiatrem. Marek informuje mnie o przechodzącym okręcie kursem przeciwnym z prawej burty na odległości dwie mile. Trzeba uważać. Znowu wieje. Jak na złość zauważamy dziwne pękniecie na sztagu foka. Trzyma się bidula jakimś cudem ale wokół stalowej linki zrobił się już pędzel. Na szczęście metr niżej jest drugi sztag. Doładowujemy silnikiem padnięte akumulatory. Jest co robić. Teraz nawet nie myślimy o posiłku i resztkach rumu. Po południu wiatr słabnie. Możemy trochę odpocząć. Szybki posiłek, żeby i nasze akumulatory podładować. Ciężkie ołowiane chmury i martwa fala przywitała moją wachtę. Przestało padać,
a wiatr jeszcze zelżał. Miałem jeszcze za zadanie uzupełnić dziennik pokładowy i obliczyć przebyte mile. Wyszło, że poprzedniego dnia zrobiliśmy 140 mil, a dzisiaj 160. Do dnia dzisiejszego od początku rejsu przepłynęliśmy 3650 mil w czasie 800 godzin. Pozostało jeszcze 1800 albo 2000 mil, jeżeli nie zajdzie konieczność zawinięcia do jakiegoś portu na Azorach, żeby poważnie pomyśleć o naprawieniu sztagu.

Słabo wieje. Jednak fala jest duża. Trzeba uważać na wielkie okręty. Taki to przejedzie po tobie i nawet nie zauważy. Zmieniamy foka na genue. Może trochę nas pociągnie. W końcu zmiana mapy. Widać na niej lądy.

W rzeczywistości to naokoło Ocean, ale zawsze dobrze pomyśleć, że gdzieś z prawej burty jest jakaś ziemia. Takie długie pływanie z jednym przyjacielem też ma dobre strony. Dowiedziałem się, że Marek jest wybitnym elektronikiem. Zadziwiająca sytuacja z radiem, które pracowało na jednym minusowym przewodzie. Gdzie jest plus? Po zmierzeniu woltomierzem, okazało się, że plus jest w antenie radia. Do dzisiaj nie wiem skąd tam się wziął? Kapitan rozkręcił całą deskę. Grzebał wśród wielu zwoi kabelków, coś rozłączył, coś dokręcił. On chyba sam nie do końca wie czy coś naprawił, czy raczej nie.

Sztorm, czyli Diabelski Młyn za darmo. Potężne fale z białymi grzywami goniły nasza łupinkę. Myślałem, że cała ta masa wody wleje się zaraz na naszą łódź. Ale Ocean był łaskawy i bawił się nami wyciągając na sam szczyt potężnej fali, żeby za chwilę opuścić na sam dół wodnego kanionu. Ręce w tej chwili zaciskają się ze zdwojona siłą na kole sterowym. Jeżeli ktoś powie, że nie miał stracha w takiej chwili, to będzie to nieudolne kłamstwo. Bujało gratisowo kilka godzin. Przydała się linka ratunkowa. Zerwał się fał foka. Żagiel wpadł do wody, tylko niewielka część została na pokładzie. Marek zapięty na lince walczył z wyciągnięciem żagla z wody. Ale taka powierzchnia jak dostała się pod jacht, to zawinęła się o co tylko napotkała na swojej drodze. Zawinął się o jarzmo steru. Siłą musieliśmy go wyrywać, pomagając sobie przy tym kabestanem i kręcąc ile sił korbą. Fok zniszczony. Ocean przypomniał kto tu rządzi. Padnięci ze zmęczenia schowaliśmy się na chwile do kabiny. Trzeba było postawić łódź w dryfie. Teraz można trochę się posilić i nabrać sił. Jeszcze zmiana foka i wracamy na kurs. Szalony dzień dochodził końca. Wiatr stawał się coraz słabszy. Fale powoli malały, ale kołysało nami jak w wesołym miasteczku. Ta noc może będzie zbawienna i da trochę odpoczynku. Około północy zrobiło się łagodnie. Neptun poszedł spać, my z Markiem też.

14.czerwiec – piątek – przywitał nas ołowianymi chmurami, ale wiało mniej. Rzut oka na łajbę. Totalny kataklizm. Wszystko mokre i słone. Woda w oceanie jest słona, bo pływają w nim śledzie i już. Wczesnym popołudniem wyszło słońce. Po zjedzeniu zupki pomidorowej zabraliśmy się za porządki i przepierki. Trzeba było też zmienić fok. Na horyzoncie od czasu do czasu zamajaczyła sylwetka jakiegoś okrętu. To wzmagało naszą czujność. Taki kontenerowiec potrafi zgubić jakąś ogromna skrzynię albo nawet kilka, dryfuje taka mina sobie beztrosko
i za nic ma przeszkody na swojej drodze. Zapisałem wtedy w dzienniku pokładowym, że noc cieplutka ponad 20 stopni, leciutko wieje. Płynęliśmy na samej genui. Od czasu do czasu zaglądając tylko jak daje sobie radę nasz niewolnik, czyli samoster.

Następny poranek przywitał nas łagodnym wiaterkiem i jasnym niebem. Myśleliśmy, że dzień będzie spokojny po poprzednich przeżyciach w pływaniu. Wtedy usłyszałem: „Janie będziesz miał nowe linki, żeby suszyć swoje majtki i koszulki, spójrz na sztag”. Podniosłem głowę, okazało się, że następny sztag, ten poniżej głównego tak jak poprzedni zamienił się w pędzel. Łódź w dryf, zapinamy szelki bezpieczeństwa i zabieramy się do zrzucenia genui. Na środku oceanu, przy takim kołysaniu nie ma szansy naprawić usterkę. Tracimy całkowitą możliwość założenia przedniego żagla. Burza mózgów. Musimy jakimś chałupniczym sposobem naprawić ten bajzel. Długo by teraz opisywać jakie wymyślaliśmy sposoby, ale końcowy efekt wyszedł jak na te warunki imponująco. W skrócie: baksztagi przełożyliśmy przez salingi i połączyliśmy z dziobem jachtu. Pora na śniadanio – obiad. Godzina 17 jest właściwą porą. Wciągnęliśmy grota, sprawdziliśmy kurs i słuchając głosu oceanu, jak pisał Andrzej Urbańczyk i… płynęliśmy dalej. Pływanie znowu zaczęło się robić szybsze. Późnym popołudniem wiatr zaczął się wzmagać. Zrefowaliśmy grota na drugi ref.

Wiatr jeszcze się wzmógł. Fale rosły. Nie było mowy, żeby samoster odwalił za nas robotę. Stałem przy sterze. Trzeba było uważać na bom grota, żeby jucha nie przeleciał na druga stronę, bo narobiłby bałaganu. Założyliśmy kontraszot dla bezpieczeństwa, żeby ta rura aluminiowa nie szalała nad pokładem. Cała noc zeszła nam na wspólnym sterowaniu. Niedziela zastała nas zmęczonymi, niewyspanymi, ale ciągle w gotowości do walki z żywiołem. Wiatr ciągle się zmagał. Fale rosły i rosły. Nie było mowy o odpuszczeniu steru. Co jakiś czas zmienialiśmy się z Markiem przy sterze. Stan wiatru i oceanu; około 6 w skali Bouforta.

Niby nie tak dużo, ale fale ogromne i bujało nas przeokrutnie. Na dodatek deszcz.

Bryza te krople niosła w poziomie i zacinało nas jak chmara komarów. Zapomnieliśmy o jedzeniu. Zmęczenie trochę dawało znać o sobie. Trzeba było jakoś nabrać energii. Zamiast schabowego z kapustą, posmarowałem wiatrem kilka kromek suchego chleba i tak żując z apetytem pilnowaliśmy steru. Jedyna dobra strona tej pogody to taka, że znowu mieliśmy coś gratis. Woda i bryza były w miarę ciepłe, natomiast deszcz i wiatr zimne, dlatego masaże biczami robiły nam kosmetykę za darmo. Nadchodziła północ, wiatr zelżał na tyle, że mogliśmy użyć samosteru, a sami wykończeni zmaganiami całego dnia i nocy legliśmy na koje. Sen był krótki. Mięśnie bolały. Oczy piekły z niewyspania i od soli. Trzeba było podjąć decyzję, czy płyniemy na Azory w celu naprawy sztagu i schodzimy o jakieś 300 mil. Spowodowałoby to późniejszy kierunek na Portugalię albo Hiszpanię, czy pozostajemy na kursie. Bojąc się martwej ciszy powyżej Azorów zapadła decyzja, że płyniemy dalej. Co będzie to będzie. Do Kanału la Manche pozostało jakieś 1100 mil.

Wpis do dziennika pokładowego: „ 17 czerwiec – poniedziałek. Prędkość 5,5 mili. Kurs 90 stopni. Pozycja 43 stopnie 0,2 minuty Nord i 29 stopni 50 minut West. Godzina 0903.

Wszyscy wiemy, że w większości, co stare ma swój kres. Taki kres przyszedł na naszego grota. Rozwarstwił się i nie było szans niczym przeszyć 10-warstw dakronu. Mieliśmy worek, gdzie było napisane „grot sztormowy”. Nigdy nie myśleliśmy, że kiedykolwiek go użyjemy. Teraz sytuacja nas zmusiła. Ale jakie było nasze zdziwienie, gdy po wyjęciu żagla z wora okazało się, że nie jest wcale taki mały, a jego biel raziła w oczy. Przez ponad godzinę uzbrajaliśmy naszego wybawcę. Wciągnęliśmy go na maszt i po raz pierwszy od kilku dni nasze gęby zrobiły się uśmiechnięte. Łajba nas niosła spokojnie. Słoneczko zaczęło grzać. To był czas na zrobienie porządków i suszenie. Dolaliśmy jeszcze ropy do zbiornika. Nadszedł czas na jakąś ucztę. Grochóweczka, coś tam jeszcze i koniecznie po puszce piwa.

Znowu samoster robi za niewolnika. Przynajmniej się nie złości, nic nie gada i nie woła jeść. W końcu mogłem trochę odpocząć. Obudziłem się przed 2-ga w nocy. Marek siedział przy Radio Navtex i odczytywał druk z ekranu o prognozie pogody. Azory informowały, że tworzy się wyż. Było to dla nas korzystne, bo taki „popychacz” na wschód był nam potrzebny.

Ranek, moja wachta. Wiało słabiej. Miałem czas żeby założyć foka. Teraz płyniemy na grocie i foku. Wietrzymy materace i robimy klar na łodzi. Około południa nasze wyliczenia pokazują, że do angielskiego kanału pozostało jeszcze jakieś 1000 mil. Doładowujemy baterię. W kokpicie śmierdzi spalinami niemiłosiernie, bo agregat Honda tak pracuje. Warczy przy tym niemiłosiernie, ale baterie są ważne. Wymyśliłem sobie, żeby się nie zatruć tym zapachem, to trzeba zdezynfekować organizm. Wyciągnąłem 3 litrowa butle soku jabłkowego i 50% wódeczkę w aluminiowej butelce pt. Danzka. Drinki były wyśmienite ale trzeba było jeszcze ten soczek sprawdzić z rumem. Do dzisiaj spieramy się z Markiem, który smak był lepszy.

Wiatr jest słaby, ale w korzystnym kierunku. Płyniemy fordewindem w stronę starego lądu. Co prawda nasza prędkość nie jest rewelacyjna, ale niech tam. Przecież nie płyniemy w regatach.

Zmierzch. Dochodzi godzina 22. Przesuwamy zegarki o godzinę do przodu. Właśnie przekroczyliśmy strefę czasową. Teraz czas na herbatkę „Familijną”, która mieściła w jednej saszetce pięć porcji. Zalewamy termos wrzątkiem, reszta do kubeczków. Kolacja i spać.

Góry, lasy, pola, jak miło by to zobaczyć. Twarze najbliższych i znajomych co jakiś czas dają znać o sobie. A tu co? Wyjdziesz na pokład i widok niezmiennie taki sam. Wokoło miliony ton wody. Moja poranna wachta przebiegała spokojnie. Wiatr słaby, fal prawie nie było. Siedziałem sobie na pokładzie, samoster odwalał za mnie robotę.

Ostrzyłem sobie tarkę do warzyw używając do tego okrągłego pilniczka. Myślałem, co zrobić na obiad. Nagle za rufą świsnęło, jakby ktoś z wielkiego koła spuścił nagle powietrze. Co za licho? Szybko wstałem i odwróciłem spojrzenie
w kierunku tego dziwnego odgłosu. Jakieś 20 metrów z tyłu jachtu kryło się pod wodę olbrzymie cielsko wieloryba. Prąd przeszedł przez całe moje ciało. Krzyknąłem do Marka, żeby szybko wyszedł na pokład, a sam wskoczyłem po aparat fotograficzny. Minęło ponad 10 minut, a tu wokół jachtu tylko woda. Kapitan coraz dziwniej zaczął na mnie spoglądać. „Jasiu, dobrze się czujesz? Może jakieś halucynacje? Zrobię ci herbatki”. Szlag mnie trafił, ale wolałem przemilczeć taką uwagę. Minęła następna minuta, a tu spokojnie. Ocean równiutki jak stół. ”Jasiu schowaj ten aparat albo chociaż mnie zrób jakąś fotkę i bierz się do roboty” z rubasznym uśmieszkiem Mareczek dworował sobie ze mnie. No i teraz miałem satysfakcję. Z lewej burty, a po kilku sekundach z prawej zaczęły wynurzać się olbrzymie cielska wielorybów. Robiłem zdjęcia. Marek stał, jak wryty. Teraz ja byłem górą. Od dziobu wynurzyły się następne okazy, a fontanny powietrza z wodą, co kilka sekund wylatywały z sykiem na kilka metrów w górę. Za rufą następne fontanny. Byliśmy chyba w samym środku jakiegoś dużego stada. Taki widok zrekompensował nam kilkadziesiąt dni oglądania samej wody. Jakieś 50 metrów z prawej burty majestatycznie przepływała samica z młodym. Ten maluch był długości naszej łajby. Jego matka pewnie ze dwa razy większa. Zbyt bliskie spotkanie wcale nie musiało być wesołe.

Nagle maluszek o długości 20 metrów zrobił zwrot w naszym kierunku i kilkanaście metrów od burty dał nura. Marek już wtedy trzymał koło sterowe i starał się nie zmieniać kursu nawet o centymetr. Jak taka masa przywali w kil, to możemy sobie z jachtu zrobić balie do pływania. Po kilkunastu sekundach niby nic malec spokojnie wypłynął z drugiej strony jachtu. Poczułem drżenie. Ale to pewnie z emocji, nie ze strachu, bo żeglarz kurcze musi być odważny. Płynęliśmy jakieś 3 węzły. Stado wielorybów znacznie szybciej. Po pół godzinie wszystko wróciło do normy. Olbrzymy pewnie wprosiły się na jakieś jedzonko w pobliże Grenlandii. Smacznego wielorybki. Wczesnym południem jeszcze jeden widok. Bardzo, bardzo daleko zamajaczył żagiel jakiegoś jachtu. Płynął w przeciwnym kierunku. Próbowałem wywołać go przez radio, ale bezskutecznie. Zmierzchało. Wiaterek znowu zelżał. Płynęliśmy wolniutko. Miałem przerwę, to położyłem się na koi. Kolega Nizielski chyba sam się nudził, bo ciągle wymyślał jakieś drobne zadania, które warto byłoby zrobić tak na wszelki wypadek. Po którymś razie coś odpowiedziałem, ale nie mogę tego zacytować. W końcu nakryłem głowę śpiworem i zasnąłem.

20 czerwiec przywitał nas mżawką, słabym wiatrem i lekkim kołysaniem oceanu. Była chwila, żeby ponaprawiać nadwątlone żagle. Znalazłem kasetę z jakimiś nagraniami, a tam szanta Jurka Porębskiego. Coen został odstawiony. Pod sam zmierzch zaczęło przywiewać. Płynęliśmy ciut szybciej. Około 21 nalałem dwa kieliszki rumu. Była po temu okazja, bo właśnie przekraczaliśmy 23 stopień wschodni co oznaczało, że do cypla Anglii pozostało nam 860 mil.

Chyba za dobrze karmię kapitana, bo robi następna dziurkę w pasku, żeby popuścić zacisk. Zaczynam serwować dania jarzynowe, albo mleczne ku jego niezadowoleniu. Kończy się chlebek, to zaczynam sam go wypiekać w piekarniku pod kuchenką. Raz jest ciut przypalony, raz ciut niedopieczony, ale smakował, jak żaden inny. Żeby zrekompensować mamrotanie Mareczka postanowiłem upiec ciasto o nazwie murzynek. Wyjmowałem właśnie brytfankę z ciastem, kiedy podwójna fala uderzyła w burtę łajby. Przeleciałem w powietrzu wypuszczając brytfankę z ciastem. Wpadłem na koję. Właściwie nic mi się nie stało ale kapitan, jak usłyszał taki rumor chciał sprawdzić co się dzieje. Myślałem, że na taki widok wybuchnie śmiechem. Nic z tego, jego mina zrobiła się żałosna i prawie ze łzami w oczach zapytał, czy takie ciasto da się uratować. Dziękuje Marku, że zatroszczyłeś się o …… mnie.

Jeszcze raz przesuwamy zegarki do przodu, ale i tak nie zgadzają się z czasem w Europie. Zrobimy taka operację raz jeszcze. Z Markiem snujemy już plany na przyszłość. Jak zadzwonić do rodzin, po naszym powrocie. Jak zawiadomić Polski Związek Żeglarski o naszym pływaniu. Oglądamy mapy. Obliczamy przebyte mile. Ostatnie okruchy ciasta nikną w buzi kapitana. On idzie spać, ja wracam na wachtę.

24 czerwiec. Mój dzień. Smażę naleśniki. Nizielski składa mi życzenia imieninowe i w prezencie dostaję zupełnie nowa czapeczkę. Koniec imprezy, zaczynam wachtę.

Mamy za sobą 4974 mile morskie. Płyniemy łagodnie, chociaż aura nas nie rozpieszcza. Zaczyna padać. Ciężkie chmury trochę straszą, ale odchodzą gdzieś w dal, a wiaterek słabnie. Coraz więcej okrętów na horyzoncie. To urozmaica widok. Wywalam połowę jajek z bakisty do Oceanu. Pewnie za dwa dni pokazałyby dziobki. Teraz serwuję potrawy na słodko. Marek nie protestuje, bo to łasuch okrutny. Rum na stół i można zaśpiewać jakąś szantę. Za akompaniament musi służyć agregat, który warczy niemiłosiernie, bo sami siebie nawet nie możemy słuchać. No, to jeszcze szklaneczce rumu i troszkę wódeczki Danzka. Robi nam się łagodnie i dajemy amnestię kilku karaluchom, które zabrały się z nami na gapę chyba na Dominikanie.

Przeszliśmy 47 równoleżnik. Pozostało 420 mil. Wieje nijako. Trzeba sprawdzić zaopatrzenie. Możemy sobie pofolgować rarytasami, ale bezpieczniej będzie dla naszego zdrowia, jak każdy posiłek zdezynfekujemy szklaneczką rumu. Nożyki do golenia trochę stępione dlatego nasz wygląd przypomina trochę Robinsonów. Samoster nie narzeka, robi swoje i nadal jeść nie woła.

Ciągle wieje słabo, fala niby niewielka, ale staramy się iść ostrzej, bo najnowsze wyliczenia pozwalają nam stwierdzić, że tak obranym kursem skrócimy naszą podróż o 160 mil. Będziemy mogli wejść do portu w Breście tuż przed Kanałem la Manche. Marek studiuje mapy. Ważne jest czy przypłyniemy z przypływem czy trafimy na odpływ. Przed nami 90 mil. Ostatnie przestawienie zegarków.

1 lipiec. wiatr słabnie. Jak tak pójdzie dalej, to nie damy rady wejść do poru z przypływem. Decyzja jedna, zrzucamy foka i włączamy silnik. Port w Breście to olbrzymi port handlowy i wojenny. Dlatego nie dziwi nas, że widzimy kiosk łodzi podwodnej. Ruch wielkich okrętów coraz większy. Zmieniamy się za sterem co godzinę. Moja zmiana za sterem. Nagle trach. 20 cm ode mnie leży bom. Urwała się linka topenanty, której znaczna część wpadła do wody. Błyskawicznie wyłączam silnik, żeby nie wkręciła się w śrubę napędową. Stajemy w dryfie.

A tu mamy gości. To łódź patrolowa francuskiej marynarki wojennej. Machają rękami i krzyczą coś po ichniemu. Za cholerę nie wiemy o co chodzi. Wtedy zobaczyliśmy poprzednio mijającą łódź podwodną, która już do połowy wynurzona wracała do portu. Jeszcze kilka pociągnięć, topenanta na pokładzie. Odpalam silnik i na najwyższych obrotach schodzimy kolosowi z kursu.

Wielkie cielsko okrętu podwodnego majestatycznie, ale szybko znikało nam z oczu. Chyba dalsza część tego dnia już bez względu na inne wydarzenia nie zmąci nam radości dobijania do portu.

2 lipiec 2002 rok. Godzina 1000. S/Y DRABI z dwoma członkami na pokładzie wchodzi do zatoki w Breście. Płynąc na silniku obieramy kurs pilotowy KPL. Niestety trafiliśmy na prąd przeciwny, była końcówka odpływu. Silnik idzie pełna mocą. Mijamy miasto Briest, port wojenny, później port handlowy.

Ciągle skupieni na sterowaniu staramy nacieszyć nasze oczy budynkami stojącymi na twardej ziemi. Po minięciu portu handlowego ujrzeliśmy dwie piękne mariny. Jedna była przystosowana dla większych jednostek, a druga dla mniejszych. Teraz trzeba było znaleźć miejsce do zacumowania. Nikt przecież na nas nie czekał z kwiatami, orkiestry tez nie było. Wszystkie miejsca były zajęte. Teraz na wolniutkich obrotach szukaliśmy jakiegoś dogodnego miejsca.

Godzina 11:15 dobijamy w Marinie De Marlin Blance na miejsce z napisem „viziteurs” na long side, czyli do burty innej łodzi. Teraz tylko zgłoszenie w recepcji i po raz pierwszy po 35 dniach żeglowania można było bez przechyłów i słonej wody najnormalniej w świecie wykapać się w gorącej wodzie. Zgolić paskudny zarost i otworzyć worek z czystym ubraniem, czekającym właśnie na taką okazję.

Właściwie przygodę z rejsem przez Ocean mógłbym zakończyć, ale jak ważne są dla żeglarza pierwsze godziny na stałym, twardym lądzie. Zapragnęliśmy z Markiem najeść się do syta czegoś świeżego i zupełnie nie przypominającego menu z rejsu. Wybraliśmy się do marketu po kotlety schabowe, świeże pachnące pieczywo, jarzyny, warzywa i owoce, które nie będą przypominały zwiędłej papki. Dotarcie jednak do sklepu sprawiało nam wiele trudności. Musieliśmy się nauczyć stąpać po niekołyszącej się ziemi, jak każdy normalny człowiek.

Nadmienię, że zupełnie bez jakichkolwiek procentów w organizmie wywaliliśmy się najnormalniej w świecie kilka razy, co sprawiło nam wielka uciechę. Królewski obiad zakropiliśmy butelką francuskiego wina i gratulując sobie wytrwania w swoim towarzystwie legliśmy po raz pierwszy od 35 dni snem sprawiedliwego. Następnego dnia przyjechali do nas byli członkowie załogi Janusz i Waldek. Długo opowiadaliśmy o naszym rejsie. Zwiedziliśmy Briest, oceanarium, piękny ogród botaniczny. Nasze nogi przystosowały się już do stałego lądu. 5720 mil morskich, to już historia. Czas wracać do Ojczyzny.

Następne lata to spokojne pływanie w wolnym czasie emeryta po Jeziorach Mazurskich. Moja łódź wędrowała na przyczepie podłodziowej do Chorwacji, żeby tam bez wielkich fal i sztormów rekreacyjnie halsować po ciepłym i czystym Adriatyku. Wracałem do kraju i w pobliskim Poraju z kolegami z Yacht Klubu Polski pomagać i uczyć młodzież radosnego żeglowania.

Poraj to przyjazne dla mnie i mojej łajby miejsce, gdzie mogę zawsze wrócić i stawiając żagle znaleźć chwile relaksu
i odpoczynku. Natura żeglarza nie lubi jednak pustki. Spotykam się z przyjaciółmi, którzy mają podobna pasję do mojej. Wybieramy się na różne krótkie rejsy.

A to barką, płynąc przez kanały i rzeki wschodniej Anglii, a to innym razem na Zlot Wielkich Żaglowców do Danii czynnie płynąc jachtem lub też oglądając piękne zakończenie parady żaglowców w Szczecinie. Albo trzymając rumpel S/Y AMIGO płynąc na Borholm.

Jest rok 2014. Moja pasja żeglowania trwa już prawie 50 lat. W tym czasie poznałem wiele akwenów, znakomitych przyjaciół i kolegów. Wyróżniano mnie kilka razy, ale te zaszczyty nigdy nie przyćmią mojego szacunku dla dobrych ludzi, a pasja żeglowania pozostanie największym moim skarbem.

autor: Jan

17273956_10209437895286854_791487787_o