dscn0081869

POKOLENIOWA, NAUCZYCIELSKA PRACA.

                                               Mama, ja i syn (1946 do 2005 i później)
Mama (1946, 1957-1971)
Rok 1946
O wydarzeniach, które wówczas miały miejsce,w naszym domu nie mówiło się. Wiele lat później opowiedziała mi, spytana o to, ciocia Helenka- siostra mamy. Nie wiem, dlaczego nie spytałam mamy dopóki jeszcze żyła. Może przez szacunek dla jej milczenia, a może dlatego, że nauczono nas
w domu nie pytać, jeśli ktoś nam nie mówi. W każdym razie nie spytałam. A było to tak (według cioci Helenki):
Mama przyjechała na tzw. Ziemie Odzyskane w 1946 r. do swego brata, który w Przemkowie w czasie wojny pracował u bauera. Po wojnie w wyniku nowego podziału Europy miasteczko to znalazło się w granicach Polski (woj. zielonogórskie). Wujek, brat mamy i pozostał tam, założył rodzinę i „ściągnął” tam swoje trzy (z sześciu) siostry. Dobrze mu się wiodło, był masażem. Rodzina mamy pochodziła z Buczacza. Uciekli stamtąd przed Rosjanami, wojnę przeżyli w sandomierskiej wsi u rodziny. Mama miała skończone przed wojną liceum lub seminarium pedagogiczne (?), zaczęła więc pracę w przemkowskiej szkole.
W zeszytach uczniów znalazła się „nieprawomyślna’ notatka dotycząca Stalina, Rosji, najazdu na Polskę 17 września 1939 r. Mama zaledwie zdążyła dojechać do domu, a tam na nią czekali przedstawiciele władzy – UB (Urząd Bezpieczeństwa Publicznego – formacja porównywana niejednokrotnie, ze względu na metody przesłuchań, do niemieckiego gestapo).
Przebywała w więzieniu trzy miesiące bez wparcia i pomocy. Nie wiem jak, ale ojciec wykazał się niezwykłą siłą docierania do tych, co mogą coś zdziałać. Ile osób przekupił, z iloma wypił, nie wiadomo. Dostarczył jednak mamie koce i ciepłe ubranie – to był listopad 1946 r. W małym Przemkowie czy Szprotawie to widać było możliwe. W jaki sposób mamę wypuszczono nie wiem. Wróciła do domu na święta Bożego Narodzenia. Miała zakaz wykonywania zawodu. W styczniu 1947 roku odbył się ślub moich rodziców, w tym samym roku przyszłam też na świat. Całe szczęście, że ojciec był niezwykle przedsiębiorczym człowiekiem, a może to, że był jeńcem wojennym i miał dodatkowe deputaty, rodzicom powodziło się nie najgorzej.
Niestety, skutki pobytu w miejscu przymusowego odosobnienia, mimo tak krótkiego czasu, dały o sobie znać. Mama zaczęła coraz częściej kaszleć, nie pomagały leki, które ojciec dla niej załatwiał. Płuca były zagrożone.
Pani musi zmienić klimat – zdecydował lekarz. Przemków faktycznie jest położony na terenach wilgotnych – stawy hodowlane, zbiorniki wodne, wilgoć w domu.
Być może, że nie tylko taki klimat był dla mamy niekorzystny. Kochający ją nad życie ojciec zaczął poszukiwania domu w miejscowości o lepszym klimacie. I tak znaleźliśmy się w 1950 r. w Częstochowie.
Mama zaczęła pracować w biurze, a ojciec był zaopatrzeniowcem. Było nas już troje: brat o dwa lata młodszy i siostra urodzona w 1954 r. już w Częstochowie. Mieszkaliśmy w niezwykle trudnych warunkach, pokój z kuchnią, na parterze, bez wody, bez sanitariatów. Mama cały czas leczyła się. Nie, nie chodziła na zwolnienia jak to było w powszechnym zwyczaju.. Pamiętam tylko, że stale na kredensie były jakieś tabletki, proszki, mama od czasu do czasu była w szpitalu, może raz czy dwa była w sanatorium.
Wtedy nami opiekował się ojciec, pomagała mu dozorczyni pani Drozdowska. Ja zaczęłam chodzić do szkoły, brat i siostra do przedszkola prowadzonego przez siostry Szarytki.

Rok 1954
Do szkoły zaprowadziła mnie mama. Była bardzo wzruszona. Do dziś pamiętam widok swojej klasy rozświetlonej słońcem i czuję zapach „Świerszczyków”, które nam ukochana wychowawczyni, pani Sabat – lwowianka, rozkładała na ławkach. Pani Sabat pochodziła z rodzinnych stron mojej mamy. Chyba nawet się zaprzyjaźniły.
Moja pierwsza nauczycielka była niezwykłym pedagogiem. Nie podnosiła nigdy głosu, przytulała dzieci i uczyła, uczyła, uczyła. Wiedzieliśmy, że nas kocha, nie mogliśmy jej sprawić przykrości. Może nie bawiła się z nami, tak jak inne nauczycielki, ale my ją kochaliśmy.
Mama pomagała w szkole w organizowaniu zabaw karnawałowych, brała udział w klasowych wycieczkach. W swoim zakładzie pracy też organizowała dla dzieci pracowników zabawy karnawałowe z przedstawieniem na powitanie Dziadka Mroza (tak wówczas należało określać Mikołaja). Pomagała również dzieciom w świetlicy zakładowej. Często chodziłam do tej świetlicy, mam nawet zdjęcia z przedstawień świetlicowych, w których brałam udział.

Rok 1957
Mama przestaje pracować w biurze, został jej cofnięty zakaz wykonywania zawodu nauczyciela. Uczy w szkole podstawowej – uczy (jak później mi powiedziała) języka rosyjskiego, którego nie lubiła. Może nawet użyła określenia „nienawidziła”. Jest jednak dobrym nauczycielem, na tyle dobrym, że gdy dostajemy wreszcie normalne mieszkanie, kierownik szkoły, w której uczyła, zatrudnia ją w nowej szkole na korzystniejszych dla niej warunkach.
Kierownik p. Pytel chyba wówczas sześćdziesięcioletni nauczyciel bardzo pracę mamy cenił, nieraz mówił o tym na lekcjach w mojej klasie:
„Mackiewiczówna, córka tak wspaniałej matki zawsze musi być bardzo dobrze przygotowana do lekcji.”
Spróbowałabym nie być! Pierwszą w życiu dwójkę dostałam od własnej mamy za to, że odrobiłam pracę domową nie tą, którą zadała.A ja nie chodziłam wtedy do szkoły, byłam chora dwa tygodnie, wszystkie lekcje odrobiłam według tego, jak mnie poinformowała koleżanka. I dwójkę dostałam!
Mogłam spytać mamę w domu, co było zadane, ale mamą była w domu, w szkole panią od rosyjskiego. Nie wypadało spytać mamy w domu co zadała do odrobienia w szkole.
Nasz dom był domem otwartym dla uczniów mamy. Ciągle ktoś przychodził, pytał się, były grupowe spotkania po pięcioro, dziesięcioro dzieci. Zasiadali wokół stołu w dużym pokoju i uczyli się tego śpiewnego, dziwnego języka rosyjskiego. Nie rozumiałam dlaczego nie mogli nauczyć się w szkole, zabierali nam mamę, jej czas. Oprócz lekcji w domu były ciągle stosy zeszytów, jakieś dokumenty.
Musieliśmy być samodzielni, nie mogliśmy się nie uczyć dobrze. Ja, najstarsza opiekowałam się młodszym rodzeństwem: śniadanie, plecenie warkoczy siostry, odprowadzanie jej do przedszkola i wspólna z bratem droga do szkoły. Być może, że wzajemna odpowiedzialność, bycie ze sobą, spowodowały iż do tej pory bardzo dobrze się rozumiemy, lubimy spotykać, rozmawiać.

Rok 1960
Najważniejsza była praca mamy. Po dwóch latach pracy w szkole osiedlowej, mama przeniosła się do szkoły w śródmieściu i tam pracowała prawie do końca. Wychodziła do pracy około 7 rano a wracała około 18-tej, czasami później. Teraz douczanie, pomoc dzieciom odbywa się w szkole. Umiała współpracować z rodzicami, organizowała wiele imprez klasowych, szkolnych, a jak zaczęła prezesować w ogniskowym ZNP, to prawie jej w domu nie było.
Wolne miała popołudniowe soboty i niedziele. Jak to się działo, że dom był czyściutki, my zaradni, my zadbani, w szkole dobre stopnie – nie wiem.
Wiele czynności domowych wykonywaliśmy sami, czasami pomagał nam tata lub my tacie. Prawdopodobnie finansowo nie przelewało się nam, mama jeździła co rok na kolonie i brała któreś z nas ze sobą, zwykle najmłodszą siostrę. W czasie wakacji były zresztą wspaniałe miesięczne kolonie organizowane przez Inspektorat Oświaty, przez wiele lat jeździłam co rok do Gdańska. Cudowny miesiąc nad morzem! A mama organizowała kolonie dla dzieci TPD, gdzieś w pobliżu Częstochowy. Zwykle były to całe wakacje – dwumiesięczne turnusy. A potem znowu szkoła!
Nie chorowała – tzn. nie brała zwolnień, jeśli źle się czuła – szła do pracy, potem do łóżka – leki, leki, leki. Systematyczne kontrole u lekarza chorób płucnych – ale ani jednego dnia zwolnienia lekarskiego. Ten pracoholizm lub nadzwyczajna odpowiedzialność za dobrze wykonaną pracę spowodował zaniedbania w diagnozowaniu, co się później okazało tragiczne w skutkach.

Rok 1970
Gdy w czasie wakacji lekarze stwierdzili u mamy raka piersi, nie zmieniła ona ani trochę sposobu pracy. Nadal praca zawodowa, społeczna w ZNP i nowa od roku pasja – piesze rajdy po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.
O chorobie mamy nie wiedzieliśmy prawie nic do końca, nawet kiedy pojechała do szpitala onkologicznego w Gliwicach – my wiedzieliśmy, że pojechała do sanatorium. Nie chciała pomocy, współczucia. O chorobie mamy wiedział tylko ojciec. Ja już miałam własną rodzinę, malutkiego synka. Dopiero po przyjeździe z Gliwic, gdy nie dało się ukryć śladów naświetleń lampami, mama powiedziała o chorobie.
Wszystko będzie dobrze, córeczko. Wspaniale się składa, pójdę na rentę, pomogę ci wychowywać Adasia, nie będziesz musiała się męczyć sama tak jak ja.
A jednak! Sama! Czuła się niezwykle osamotniona. To były jej ostatnie imieniny – 3stycznia 1971 roku. W marcu nastąpiły przerzuty, byłam już wtedy przy niej, pierwsza dowiedziałam się od lekarzy o przerzutach nowotworu na wątrobę.
Lekarz nie dawał żadnej nadziei. Jeszcze kontrolna wizyta w szpitalu onkologicznym w Gliwicach potwierdziła diagnozę częstochowskiego lekarza. Od pamiętnego dnia 6 marca byłam przy mamie prawie codziennie. Była dzielna, codziennie czyściutka, ubrana, z delikatnym makijażem.
Rozmawiałyśmy, jeżeli pozwalał tylko na to ból. Snułam radosne wizje, co będzie, gdy wyzdrowieje. Była przekonana do końca, że nic nie wiem o złośliwości choroby. Sama domyślała się śmierci, zwierzyła się swojej przyjaciółce.
Mama odeszła od nas do najlepszej szkoły na świecie 20 kwietnia 1971 r. Kondukt pogrzebowy ciągnął się chyba pół kilometra. Tego dnia dokładnie nie pamiętam, zbyt bolesne było jej odejście. Mimo wszystko wierzyłam, że będzie tak jak mówiła:
„Nie martw się córuniu, wszystko będzie dobrze”, że wyzdrowieje. Była przecież taka silna, najmocniejsza.
Potem na grobie mamy znajdowaliśmy tarcze szkolne, wiele, wiele tarcz. Tak żegnali się ze swoją nauczycielką jej byli i obecni uczniowie. Co jej zawdzięczam, Mamie Nauczycielce? Dziękuję Ci, mamo, że nauczyłaś mnie pracowitości, że cokolwiek robię – robię to z pasją, i z radością. Dziękuję Ci, Mamo, że nauczyłaś mnie pochylania się nad dziećmi, które najbardziej potrzebują pomocy nauczyciela, dziećmi zaniedbanymi, biednymi. Dziękuję Ci, mamo, że nauczyłaś mnie cenić ludzi za to jacy są, a nie kim są.
Dziękuję Ci, mamo, że byłaś przy mnie w każdej trudnej chwili osobistej i zawodowej. Tłumaczyłaś, radziłaś, ale zawsze mogłam robić tak, jak sama zdecydowałam. Dziękuję Ci, mamo, że nauczyłaś mnie mówić cicho, spokojnie, ale stanowczo. „Krzyk oznacza słabość, nie siłę”.
Dziękuję Ci, mamo, że nauczyłaś mnie, że jesteśmy tylko pomocnikami w wychowywaniu i kształceniu dzieci. Pomagamy tylko rodzicom wychowanków, dlatego niezwykle ważna jest współpraca z nimi, znajomość domu dziecka, spotkania i rozmowy z nimi.
Dziękuję Ci, mamo, że nauczyłaś mnie, że nie ma dzieci złych. W każdym dziecku są pokłady dobra
i zdolności, trzeba je tylko umieć zobaczyć i wydobyć.
Dziękuję Ci, mamo, że wprowadziłaś mnie na drogę nauczyciela, tak trudną i tak piękną.

Krystyna (1966-1998)
Rok 1961
Nie mogłam wybrać żadnego innego zawodu mając taką matkę. Wyboru tego dokonałam w 1961 r. zdając egzaminy wstępne do Liceum Pedagogicznego w Częstochowie. Moja mama była wówczas przy mnie. Niewielu rodziców przychodziło na egzaminy. Albo byliśmy niezwykle samodzielni, albo rodzice byli niezwykle zapracowani. Moja mama była przy mnie.
Czekała aż wyjdę po egzaminach przejęta, wzruszona. Udało się, zdałam! Dostałam się do klasy koedukacyjnej, której wychowawczynią była polonistka pani profesor Teresa Kuklewicz.
Praktyka zaczęła się już od pierwszej klasy w szkole ćwiczeń mieszczącej się na parterze budynku – dyżury na przerwach. W drugiej klasie – zeszyty obserwacji uczniów, hospitacje zajęć. A program! Muzyka – śpiew i gra na instrumencie, chór, orkiestra, zespół taneczny. Wychowanie fizyczne –pływanie, nauka jazdy na nartach (dwutygodniowy zimowy obóz w Wiśle ), gry terenowe, miesięczny sportowy obóz wakacyjny. Plastyka, roboty ręczne, rozmaite techniki plastyczne, albumy, wystawy prac.
W V klasie miał z nami zajęcia dyrektor szkoły, kochany p. prof. Mroczek, więzień obozu koncentracyjnego, jak głosiła szkolna fama.
Uczył nas księgowości, podstaw bibliotekoznawstwa. Musieliśmy się uczyć co najmniej dobrze, jeżeli ktoś miał problemy z nauką – musiał zmienić szkołę.
„Fory” mieli tylko chłopcy, oni mogli trochę poleniuchować. Nasi nauczyciele, profesorowie: Mach, Kuklewicz, Biczuk, Polak, Pol, Dziewoński, Rosiek, Haładaj, Czechowski, Krawczyk i inni byli w stosunku do nas wymagający, ale tyle samo wymagali od siebie. Chodziliśmy do teatru, filharmonii – wszystkie premiery były bez mała obowiązkowe. Byliśmy „omnibusami” pedagogicznymi, musieliśmy umieć wszystko dobrze, bo nie wiadomo na jaką placówkę dostaniemy przydział pracy, który wówczas obowiązywał absolwentów.

Rok 1966
Już w maju, po zdanej maturze zapoznano nas z przydziałem pracy. Miałam szczęście, dostałam pracę w rodzinnym mieście. Po 32 latach pracy nie sposób opisać wszystkiego co się w tym okresie wydarzyło i byłoby na tyle „zjadliwe”, że nie usnąłbyś nad lekturą tych wydarzeń. Wybiorę zatem wydarzenia, które szczególnie utkwiły mi w pamięci.
15 sierpnia wszystkich nowozatrudnionych nauczycieli zgromadzono w sali Urzędu Miasta i złożyliśmy uroczyste ślubowanie. Szczerze mówiąc, niezbyt dobrze pamiętam, co wtedy ślubowaliśmy, ale dotyczyło to etosu zawodu nauczyciela w PRL (Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej).
Otrzymałam również tzw. wyprawkę, czyli dwumiesięczne pobory, była to dla mnie suma zawrotna, bo chyba około 2 tysięcy złotych. Przed rozpoczęciem pracy w szkole mama też przygotowała mi wyprawkę: dwie letnie garsonki, dwa kostiumy, dwie sukienki – wszystko pod szyję i z długim rękawem, spódnice o długość za kolana.
Zaczęła się wtedy moda „mini”, ale do szkoły należało według mamy ubierać się przyzwoicie. Chyba mama miała rację, bo koleżankę, która przyszła do pracy w spódniczce mini
i w bluzce z dużym dekoltem kierowniczka szkoły, niezwykle rygorystyczna odesłała do domu, żeby się ubrała. Mama górą!!!
Od początku pracy kierowniczka szkoły przedstawiła nam zasady pracy: do szkoły przychodzimy pół godziny przed zajęciami, raz w tygodniu przedstawiamy konspekty zajęć na następny tydzień, wszyscy nauczyciele dyżurują przy klasie, w której mają lekcję. O tym, że uczniowie spacerują na przerwie parami nie mówiono, gdyż to było oczywiste. I uczniowie spacerowali parami, później ustawiali się przed klasą, a nauczyciel już z dziennikiem w ręce równo z dzwonkiem wchodził do klasy. Na pierwszej lekcji recytowane było jakieś ślubowanie.

Wandzia
Do mojej pierwszej szkoły, szkoły na peryferiach miasta chodzili uczniowie mieszkający w domkach jednorodzinnych bogatszych lub biedniejszych i dzieci, które miały nieraz 5 km niezwykle trudnej drogi.
Największy problem był z higieną dzieci, które mieszkały w tzw. barakach. Mama uczuliła mnie na poznanie środowiska rodzinnego dziecka, jego drogi do szkoły. Byłam z niejedną wizytą u wszystkich dzieci swojej klasy. Wtedy dopiero zobaczyłam biedę. Biedę, której nigdy dotąd nie widziałam.
W drewnianych barakach, pozostałościach po budowie huty mieszkało kilka rodzin moich dzieci.
Na te wizyty, szczególnie trudne, miałam obowiązek brać kogoś z trójki klasowej. To było straszne: październik, mróz, śnieg W mieszkaniu dwuizbowym był piec kuchenny, podłogi nie było, w rogu barłóg – siennik przykryty pierzyną, a na podłodze dziecko roczne w koszulinie do pasa. Mama Wandzi zaczęła wycierać ścierką taborety.
Proszę, państwo usiądą.
Nie usiedliśmy, porozmawialiśmy stojąc.
Na drugi dzień załatwiłam Wandzi darmowe obiady. Dlaczego do tej pory nic nie wiedziałam? Pielęgniarka, rodzice innych dzieci zgłaszali, że Wandzia zaraża je wszawicą. Przecież nachylałam się nad nią, sprawdzałam zeszyty – nie widziałam. Dopiero po tej wizycie dotarło do mnie, że to dziecko nie ma gdzie się uczyć, gdzie odrobić lekcji, ono je odrabiało w szatni lub w ….. ubikacji. Była starsza od pozostałych uczniów o dwa lata, a fizycznie nie było tego widać. W domu przygotowałam czyste ubrania dla dziewczynki, wśród znajomych pozbierałam trochę bielizny i ubrań i zrobiłam cos, czego pewnie teraz nie mogłabym zrobić.
Poprosiłam szkolną kucharkę o nagotowanie wody w kociołku. Wzięłam miskę, mydło, płyn przeciw wszawicy i z pomocą kucharki wyszorowałyśmy dziecko, umyłam jej głowę – miska była czarna od robactwa, włosy przycięłam równo, wytarłam do sucha i kazałam założyć czyste ubranie.
Wanda wyła, ryczała a ja, jak ten cerber, nie przestawałam pucowania. Wróciłam do domu przerażona taką biedą, nędzą, brudem. Na drugi dzień w szkole dzieci z mojej klasy podbiegają do mnie z radością.
Proszę pani, proszę pani, jaka Wandzia czysta, jak ładnie ubrana.– Spojrzałam na nią, a na buzi tego biednego dziecka po raz pierwszy zobaczyłam uśmiech – Boże, warto było!
Tydzień po tym wydarzeniu cała szkoła poszła do teatru, nasza klasa też. Konferansjer prowadzący program poprosił na scenę dzieci do konkursu. I kto wybiegł jako pierwszy na scenę? Wandzia! Nie umiała wprawdzie odpowiedzieć na pytanie, może prowadzący jej nie zrozumiał, ale dostała nagrodę pocieszenia – batonik czekoladowy. To było dzikie, wystraszone zwierzątko, a teraz nie bała się sceny, świateł, ludzi.

Rok 1970
Paweł
Ze względu na ciążę i daleki dojazd do szkoły musiałam w czasie wakacji zmienić szkołę. Zostawiłam swoją kochaną pierwszą klasę, już szóstoklasistów i rozpoczęłam pracę w nowej szkole, w śródmieściu. Dostałam wychowawstwo klasy piątej. W klasie tej było wielu zdolnych uczniów, ale były też i dzieci inne: 16-letni Paweł i 17-letni chłopak, którego nie pamiętam nawet nazwiska (nie chodził w ogóle do szkoły).
Paweł przychodził do szkoły początkowo „w kratkę”, a potem już systematycznie. Odradzano mi wizytę w domu, gdzie matka wykonywała najstarszy zawód świata, a ojciec był nieznany. Mimo to, poszłam do Pawła. Mieszkałam niedaleko. Zwykle zapowiadałam wizyty, teraz też. Przyszłam do czystego, chyba nie na pokaz, mieszkania. Paweł teoretycznie miał warunki do nauki – miał nawet biurko, książki, zeszyty.
— Ale nie mieli do niego serca, wie pani – mówiła babcia chłopca, dozorczyni tego domu.
Agresywny, rozrośnięty Paweł w szkole był rzadkim i niechcianym gościem. A gdzie on się miał uczyć kultury. Matka cały czas była na mniejszym lub większym rauszu. Dom prowadziła babcia. Paweł uczył się życia na ulicy. I tą ulicą chciał zaimponować w klasie – dzieciom jedenastoletnim.
Był ordynarny, prowokował, zaczepiał dziewczęta, nie pracował ma lekcjach.
Od mojej wizyty w domu Paweł zaczął chodzić do szkoły. W domu długo rozmawialiśmy, Paweł był wtedy grzecznym, uśmiechniętym Pawełkiem, którego odwiedziła pani ze szkoły, przyszłam z pączkami. Paweł zaczął dbać o mnie, być może moja ciąża spowodowała u tego chłopca taka zmianę, a może naprawdę uwierzył, że jest Pawełkiem, takim samym dzieckiem jak Basia czy Jaś. W każdym razie przy mnie nie klął, nie dokuczał dzieciom, nosił zeszyty, czasami książki. Nauczycieli, szczególnie starszych, prowokował nadal swoim zachowaniem. Dużo z nim rozmawiałam, odrabiał zadane lekcje w szkole – szkoła była jednozmianowa i uczniowie mogli odrabiać zadaną pracę domową.
Po urodzeniu Adasia zaglądałam do swojej klasy i oczywiście skargi na Pawła były. Zawsze patrzyłam wtedy na niego i mówiłam:
Pawełku, jak mogłeś. Ja na ciebie liczyłam.– Paweł spuszczał swoją czarną łepetynę:
Przepraszam, już nie będę.
Byłam przekonana, że naprawdę mu wstyd. Gdy wróciłam po urlopie macierzyńskim do szkoły, często przychodziła opiekunka z Adasiem pod szkołę i moje kochane dzieci woziły Adasia po boisku szkolnym na przerwach, a prym w tym wiódł Paweł. Był niezwykle czuły, opiekuńczy. To nie był Paweł, to był cudowny, wspaniały brat! Paweł ukończył piątą klasę i dzięki temu został skierowany do szkoły dla dzieci przerośniętych wiekowo, chyba SP (szkoła przysposobienia).
Za parę lat spacerowałam już z dwójką dzieci alejami w centrum miasta. Naprzeciwko mnie szła grupa podpitych ludzi, przechodnie omijali ich łukiem, przechodzili na drugą stronę ulicy. A ja odważna, idiotka z dwójką dzieci, pchałam się prosto na nich. Nagle z grupy odłącza się jeden człowiek, kieruje się w moją stronę, wyjmuje ręce z kieszeni.
Dzień dobry pani!
Paweł? Jak wyrosłeś ! Co robisz, uczysz się? – byłam przerażona, ale powoli zaczęłam oddychać spokojnie. Paweł miał 21 lat, nie uczył się od dawna, lecz wyjął ręce z kieszeni, zostawił kolegów i podszedł do mnie powiedzieć dzień dobry!
Nie wiem jakim człowiekiem zostałeś Pawełku, zostaniesz w mojej pamięci jak diament, który mógłby być najpiękniejszym brylantem, gdyby „mieli do ciebie serce”.

Rok 1980
Opole
Przeprowadzka do Opola była konieczna ze względu na przeniesienie służbowe męża i …. lepsze mieszkanie. Zawsze mile wspominam kadrową Inspektoratu Oświaty w Opolu, panią Zenię. Sprawę pracy wcześniej uzgadniał mój mąż, przeniesienie było od 1 listopada. Przesympatyczne rozczarowanie po dzień wcześniej złożonej wizycie w podobnej instytucji w Częstochowie.
Tam naburmuszona kadrowa nie chciała ze mną rozmawiać, palcem wskazała wymownie na godziny urzędowania. W końcu jednak ustąpiła, dostąpiłam zaszczytu rozmowy, poprosiłam o jak najszybsze przesłanie akt personalnych lub oddanie ich mi w zapieczętowanej kopercie.
W Opolu kadrowa (jeszcze nie wiedziałam, że to pani Zenia – najmilsza kadrowa na świecie) prosi mnie bym na chwileczkę usiadła.
Kawę czy herbatę? – spytała
Rok 1980, kawę czy herbatę dla petenta? Niemożliwe! W tym szoku przetrwałam cały czas rozmowy z kadrową.
Może nam pani zostawi dokładny adres, a może telefon. Będziemy informować panią o każdym korzystnym dla pani zatrudnieniu.
W Opolu przez miesiąc nie podjęłam pracy, udzielono mi urlopu bezpłatnego, z czego byłam niezwykle zadowolona. Poznawałam miasto, ludzi. Odprowadzałam Adama do szkoły, cieszyłam się nowym mieszkaniem. Odwiedzałam Inspektorat Oświaty i chłonęłam nową atmosferę pracy, innego stosunku do nauczyciela. Czułam się potrzebna, ceniono mnie za to, że chcę być i jestem nauczycielem. To było wspaniałe!
I wreszcie jest praca. W przedszkolu, z grupą sześciolatków. Zgadzam się ponieważ córunia ma 6 lat, będzie pod moją opieką, a przedszkole jest niedaleko, 100m.

Rok 1981
Przed wyjazdem z Częstochowy pracowałam z dziećmi sześcioletnimi w swojej ostatniej szkole. Miałam ukończony odpowiedni kurs i dlatego nie bałam się pracy z sześciolatkami. Okazało się jednak, że przedszkole oczekuje od nauczyciela więcej form pracy opiekuńczej niż dydaktycznej. Mimo wszystko nie spodziewałam się aż takich problemów, ale problemy znalazły mnie same.
Zwróciłam uwagę na kontakt z rodzicami, informację o tygodniowych, dziennych formach pracy dydaktycznej i wychowawczej. Raz w miesiącu organizowałam spotkania dla rodziców. Wprawdzie dyrektorka przedszkola wątpiła we frekwencję, ale okazało się, że była prawie stuprocentowa.
W Częstochowie miałam już zgromadzone zaplecze do pracy dydaktycznej, tutaj tworzyłam wszystko od początku, literki, obrazki, historyjki obrazkowe, zestawy do gimnastyki, teatrzyków, zabaw tematycznych. To wszystko musiałam przygotować w domu, z własnych środków i materiałów. I coś dla mnie najgorszego. Dwa razy w tygodniu otwierałam przedszkole. Musiałam wstać o godzinie piątej rano, przygotować śniadanie dla dzieci, nastawić budzik dla Adasia, Iza zaspana szła ze mną i przed szóstą być w przedszkolu. Koszmar! Piąta rano – środek nocy!
Drugim problemem to czas pracy. Jeżeli nauczyciel pracujący na drugą zmianę zachorował, trzeba było pracować od szóstej do szesnastej, albo i dłużej. Często zdarzało się, że rodzice zapominali o dziecku w przedszkolu. Zdarzyło się i tak, że odebrano sześciolatka o dziesiątej wieczorem. Nikt w domu nie zauważył, że malucha nie ma!
Mam z tego okresu wiele miłych wspomnień. Przede wszystkim niepowtarzalna atmosfera pracy, wspaniała, niezwykle serdeczna dyrektorka i wreszcie coś, co ceniłam w swojej pracy najbardziej – najważniejsze było dziecko.
Dzieci były kochane, cudowne, nawet te z najpoważniejszymi problemami w domu. Być może atmosfera pracy tego przedszkola była tak domowa, że było to przedszkole małe: trzy grupy w domku jednorodzinnym z pięknym ogrodem. Przy dobrej pogodzie sześciolatki jadły obiad i podwieczorek w specjalnej dużej altance, w ogrodzie. Zabawy i zajęcia dydaktyczne często też były w ogródku. Mieliśmy swoje grządki, gdzie sialiśmy rzodkiewkę, sałatę i kwiatki. Z tego okresu pracy przedszkolnej zostali mi wielcy przyjaciele – rodzice dzieci: Janek i Basia, Zosia, Marysia. I wielu innych.

Szymek
Opowiadałam dzieciom bajkę o Calineczce, na łące w kwiatach mieszkały elfy.
Co to są elfy? – przejęty, z wypiekami na buzi spytał Szymon. – A czy one mogą się przyśnić?A gdzie jeszcze mogą one mieszkać?
Okazało się, że chłopiec tak się zasłuchał w treść bajki i zapamiętał z niej coś niewyobrażalnego, fantastycznego – elfy. Chłopiec z ogromną wrażliwością, pamięcią, niezwykle chłonny ale niechętnie ćwiczący sprawności manualne, analizę dźwiękową wyrazów, zadań i wszystkiego, co przygotować go miało do szkoły. Nie lubił pani Eli, mojej zmienniczki. W Szymka – cudownego chłopca wstępował dziki szał. Kłuł innych, gryzł, zaczepiał. Nie chciał chodzić do przedszkola. I stało się! Przyszedł tata Szymka, ważna figura w elektrowni – z pretensją do mnie.
Co pani robi, że dziecko nie chce chodzić do przedszkola?!
Zaczęłam tłumaczyć, wyjaśniać, odesłałam do tablicy informacyjnej. Przez kilka następnych dni, gdy po Szymka przychodził tata, zawsze schodziłam z Szymkiem do taty i opowiadałam co robiliśmy dzisiaj, jakie Szymon miał osiągnięcia, co mu sprawiało trudności. Okazało się, że Szymek miał do tej pory same osiągnięcia, a nagle zaczęło cos mu nie wychodzić. Prawdopodobnie bał się mnie i na zajęciach u mnie był grzeczny, spokojny a rozładowywał emocje, gdy była pani Ela.
Zaczęłam częściej rozmawiać z Szymonem, żeby go oswoić, żeby zrozumiał, że trudna dla niego praca nie jest faktycznie trudna, że jest mądrym chłopcem, że to on może pomagać innym. Znajomość z jego rodzicami, mieszkaliśmy w sąsiednim bloku, przerodziła się w ogromną przyjaźń, która trwa do dziś.
We wrześniu odchodzę z przedszkola do rejonowej szkoły. Tym razem i Adaś i Iza będą razem ze mną. Dostaję dwie grupy zerówek po trzydzieścioro dzieci. Przygotować sześćdziesięcioro sześciolatków do szkoły – to było dopiero wyzwanie. Tym bardziej, że większość dzieci to była „czysta karta” – nic, zero wiedzy, zero sprawności. Stosuję sprawdzoną już formę współpracy z rodzicami, indywidualne rozmowy. Tablica informacyjna z bardzo szerokim zakresem wiedzy dla rodziców, comiesięczne małe formy pedagogiczne rodziców i ogromna praca dały sukces. Obydwie grupy wspaniale się zintegrowały, dzieci chętnie podejmowały wszystkie próby i formy pracy.
Utworzyły się dwa zespoły klasowe, których dyrektorka nie rozdzieliła, tworząc z nich dwie klasy pierwsze. Jedną z tych klas mogłam prowadzić dalej.
Dzieci pochodziły z rodzin robotniczych, większość rodziców miała zawodowe wykształcenie. A dzieci – perełki! Czasami całe życie zawodowe nauczyciela przejdzie i nie dostanie takiego zespołu i rodziców i dzieci. W dalszym ciągu kontynuowałam comiesięczne spotkania z rodzicami, tym razem były to spotkania również z dziećmi.
Przez cały rok dzieci prezentowały swoje osiągnięcia, w klasie pierwszej – w czytaniu, w klasie drugiej – w grze na instrumencie, w klasie trzeciej – inscenizacje, w klasie czwartej – odczytywanie własnych wypracowań. I zawsze wszystkie dzieci, które brały udział w spotkaniach z rodzicami były najlepsze, wręcz doskonałe tak, że rodzice mogli być z nich dumni.
Pewnego razu po plastyce zauważyłam w kwiatkach na oknie klasy kolorową wodę.
Kto? Chyba nie moi! – Nie wierzyłam własnym oczom.
Następnego dnia poprosiłam, by wstali ci, którzy bardzo chcieli, by paprotki zakwitły. Wstało sześć, osiem osób – prawie same dziewczynki.
W takim razie ogłaszam powstanie w naszej klasie Klubu Miłośników Kwiatów. Każdy klubowicz przyniesie rozsadę rośliny – kwiatka, najlepiej paproci i od tej pory już dyżurni nie będą musieli dbać o kwiaty. Klub Miłośników Kwiatów będzie pielęgnował kwiaty według sposobu, który sam opracuje.
Od tej pory byliśmy najbardziej ukwieconą salą, specjalizowaliśmy się w paprociach, które dzieci pod moją opieką rozsadzały, pielęgnowały.
Chyba w czwartej klasie kilku chłopców przyszło jesiennego, deszczowego dnia bez zmiany obuwia (w szkole obowiązywała zmiana obuwia). Kontrola samorządu szkolnego stwierdziła fakt! Moja rekcja:
– Przyszliście do szkoły bez zmiany obuwia, być może dlatego, że nie wiecie jak ciężka jest praca sprzątaczek szkolnych. Spróbujemy, jak to wygląda.
Wszyscy „winni” umówionego popołudnia przyszli do szkoły z miskami, płynami do mycia, pastą, szmatami do froterowania i sprzątali klasę oraz korytarz przy klasie. Ja byłam razem z nimi, sprzątałam też – mimo, że miałam zmienione obuwie. Sprzątaliśmy około sześciu godzin.
Moi cudowni rodzice uczniów nie poddawali w wątpliwość tych kontrowersyjnych decyzji, byli ze mną. Zawsze mówiłam, że z ich dziećmi ja pracuję tylko rok, dwa, trzy, pięć, a oni je będą mieć całe życie. Ja mogę ich tylko wspierać w niektórych dziedzinach, lecz niczego nie zrobię przeciwko nim. Gdyby mieli wątpliwości – zawsze mogli się zgłosić do mnie, zawsze doradziłam, pomogłam. Pomagaliśmy sobie wzajemnie.
Gdy mama Sylwii znalazła się w szpitalu, Sylwia nie przyszła do szkoły. Ponieważ wiedziałam zawsze o przyczynach nieobecności dziecka, a tego dnia nie dostałam żadnej informacji, po zajęciach poszłam do domu dziewczynki. Drzwi otworzyła Sylwia, miała wtedy osiem lat. W domu była jeszcze dwójka młodszego rodzeństwa, sześcioletni Robert i roczny Pawełek. Przyjaciel mamy był nieobecny, nie wiadomo gdzie był. Dzieci były od dwu dni same! Zrobiłam porządki w domu, Sylwię posłałam po zakupy do sklepu, nakarmiłam dzieci i skontaktowałam się z innymi rodzicami mieszkającymi w pobliżu. Dzieci miały zapewnioną opiekę przez najbliższe dni.
Ale co dalej, nie wiadomo kiedy mama wróci ze szpitala, w jakim jest szpitalu. Codziennie po pracy i przed, wstępowałam do domu dziewczynki, zawsze była tam jakaś mama z klasy „na całodobowym” dyżurze. Z pedagogiem szkolnym ustaliliśmy miejsce pobytu matki w szpitalu. Pobyt zapowiadał się na miesiąc lub dłużej. Dzieciom obiady zapewniła szkoła, pedagog dotarł do przyjaciela matki – ojca najmłodszego dziecka i zobowiązał go do opieki nad dziećmi przynajmniej w nocy, w dzień nadal dyżurowały matki i ja. Mamy Sylwii nie było cztery tygodnie, wyszła ze szpitala wcześniej, operacja nie była niezbędna. Jeszcze jakiś czas rodzice pomagali rodzinie Sylwii, ja byłam tam już rzadziej.
Na zakończenie czwartej klasy na trzydziestu dwu uczniów, dwudziestu miało świadectwa z paskiem. Na ostatnią lekcję wychowawczą zaprosiliśmy nauczycielkę, która miała być ich wychowawczynią od klasy piątej, Po ogólnym przedstawieniu osiągnięć kolasy w ciągu pięciu lat (zerówka plus cztery klasy) dzieci przedstawiały się same mówiąc o sobie niezwykle trafnie i szczerze. Na koniec lekcji obydwie panie wychowawczynie: obecna i przyszła, otrzymały pamiętniki – serca z wpisanymi imionami i nazwiskami dzieci.
Potem w swoim pamiętniku próbowałam zapisywać następne kontakty, odwiedziny, ale w końcu zrezygnowałam – zabrakło miejsca. Kontakty z tym zespołem są do tej pory. Ja i wychowawczyni od piątej klasy do ósmej przynajmniej raz w roku mamy wizytę grup lub pojedynczych wychowanków. Wiemy, co studiowali, gdzie pracują, byłyśmy zapraszane na śluby, cieszyliśmy się z nowonarodzonych dzieci „naszych” dzieci.
Z wielkim żalem żegnałam „swoją” klasę i szkołę, w której pracowałam pięć lat. Niestety gardło znowu dało o sobie znać. Straciłam znów swój głos. Musiałam albo odejść z pracy albo… przejść do biblioteki.

Rok 1987
Biblioteka w SP nr 15 w Opolu liczyła około 1500 woluminów i obejmowała opieką ponad 300 uczniów i nauczycieli. Była to szkoła dla klas nauczania początkowego. Istny raj! Już w czasie wakacji posortowałam książki według własnego a zarazem zalecanego kanonu, pomieszczenie było małe – kiedyś było to zaplecze dydaktyczne jakiejś klasy. Zadania: koniecznie powiększyć księgozbiór i rozwinąć formy pracy z czytelnikami, były najważniejsze.
Dzięki życzliwości dyrekcji (pieniądze!) księgozbiór powiększał się w zastraszającym tempie. Oprócz tego organizowałam coroczne zbiórki książek, pisałam do wydawnictw z prośbą o wsparcie, szukałam sponsorów na zakup nowych książek. Udało się! W ciągu roku pozyskałam około dwóch do trzech tysięcy książek! Czyli te tysiące trzeba było zinwentaryzować, założyć im karty katalogowe, przygotować do wypożyczania, tzn. obłożyć itp. .. , itd. Roboty moc. Ale książki to tylko droga do dzieci, do osób najważniejszych w mojej pracy.
Co można jeszcze zrobić w takiej, początkowo malutkiej biblioteczce? Można zorganizować konkursy wieloetapowe, roczne czytelnicze, dla każdego poziomu inne. Dla kl. I recytatorskie, dla kl. II – „Czy znacie wiersze Tuwima”, dla kl. III – „Czy znasz twórczość J. Brzechwy?”
W miarę rozrastania się szkoły (w 1990 r. została ona przekształcona w ośmioklasową), zmieniały się formy pracy. Przy biblioteczce działał teatrzyk uczniowski, doszły konkursy: na „Mola książkowego”, konkursy „Śladem Stasia i Nel”, „Czy znasz twórczość M. Konopnickiej” i inne. Również niezwykłe aktywnie pracował zespół „Młodych bibliotekarzy” – łączników klasowych. Z pomocą dzieci opracowałam te ogromne ilości książek, byłam w kontakcie z wychowawcami, z polonistami. Zawsze w bibliotece była niewielka garstka chętnych do pomocy, nie tylko łączników bibliotecznych. Oprócz tego prowadziłam lekcje biblioteczne, dwie obowiązkowe w każdej klasie, a tych nieobowiązkowych, które wynikały z konieczności zastępstw – to nie zliczę.
Chyba w czwartym roku pracy za namową nauczyciela metodyka, zorganizowałam zajęcia metodyczne dla nauczycieli – bibliotekarzy Opola. Przygotowałam dla każdego bibliotekarza materiały – konspekty poszczególnych konkursów, form pracy czytelniczej, przedstawiłam pracę z „aktywem” bibliotecznym i całą moc materiałów pokazowych – gazetek, plansz, tablic, dekoracji, które wykonałam do tej pory. A było tego sporo! W swojej pracy bibliotekarza najmilej wspominam pierwsze lekcje biblioteczne w klasach pierwszych w drugim półroczu – pasowanie na czytelnika oraz zastępstwa, te niespodziewane. Gdy szłam do klasy z nowościami książkowymi i czytałam dzieciom fragmenty książek. Zawsze potem żałowałam, że lekcje mają tylko 45 minut. Dzieci zresztą też.
Przedstawiane im książki miały potem wielkie powodzenie. Ponieważ nie mieliśmy możliwości częstego zmieniania okładek książek (ta ilość wypożyczeń!), wymyśliłam teczki – tekturowe teczki na książki z biblioteki. Teczka musiała być podpisana, zapisane na niej były godziny otwarcia biblioteki , czytelni, terminy i tematy konkursów czytelniczych dla każdej klasy – robiliśmy to zwykle na pierwszej lekcji bibliotecznej. Starałam się tę pierwszą lekcję w klasach starszych mieć we wrześniu, a do klas młodszych przychodziłam po uzgodnieniu z wychowawcą, sama. I czytaliśmy, czytaliśmy.
Coś musiałam robić źle, zaczęło mi brakować czasu: a to teatrzyk – zajęcia raz w tygodniu, dwie, trzy premiery w roku, a to dekoracja szkoły na akademie na korytarzach, a to inwentaryzacje i biblioteki i szkoły; a to protokoły rad pedagogicznych raz w miesiącu. Doba zaczęła mieć za mało godzin! Kto to mówił, że praca w bibliotece jest nudna i smętna?! Wśród tego ogromu pracy dla szkoły, dla dzieci, dla środowiska zawsze najważniejsze były dzieci.

Waldek
Uczeń klasy drugiej i trzeciej, który czytał „całe strony”, przepięknie umiejący opowiadać o tym, co go najbardziej zainteresowało lub znudziło w książce. Przychodził do biblioteki na każdej przerwie, szukał tu ciszy i spokoju. Niestety był w naszej szkole tylko dwa lata.

Marcin
Pierwszoklasista, czytający Sienkiewicza a potem po kolei różne albumy, encyklopedie. Skoda, że młoda nauczycielka, w której był Marcin, nie zauważyła jego zdolności ponad przeciętną. Nie pomogły moje prośby i uwagi. Marcin zmienił szkołę. Słyszałam, że odnosi sukcesy międzynarodowych mistrzostwach szachowych.

Krzyś
Nie lubił czytać, ale wiedział, że kontakt z książką jest bardzo ważny, wypożyczał instrukcje modelarza, książki techniczne z ilustracjami i opisami. Kilkakrotnie startował do konkursu „Mola książkowego”- raz nawet odniósł jakiś sukces. Obecnie kończy Politechnikę Wrocławską z niezwykłymi osiągnięciami.

Magda
Czołowa aktorka naszego teatrzyku, ogromna wrażliwość i plastyczność twarzy, gestu, głosu.
I wielu innych: Dorotka, Bożenka, Bartek, Jola, Kasia.. Nie, nie ma sensu cytować bez mała wszystkich, którzy jeszcze pamiętają kłaniają się uśmiechem czasami coś o sobie powiedzą. Niedawno , na przystanku autobusowym podeszłą do mnie młoda kobieta.
Dzień dobry. Nie wiem czy mnie pani pamięta. Nazywam się Ola B. Z klasy pani B. Chciałam pani podziękować za to, że dzięki pani fascynacji książkami i dzięki naszej bibliotece szkolnej studiuję filologię polską i mam nadzieję, że uda mi się przekazać pani zapał i miłość do książek swoim uczniom.
Balsam dla uszu nauczyciela! Tym balsamem chyba rekompensowałam swoje zarobki – jak mówił mój mąż – jałmużnę od państwa. A ja pracowałam nie dla zarobków, tylko dlatego, że to co robiłam, było moją pasją, życiem.

Rok 1996
Czerwiec. Uroczyste pożegnanie i przejście na emeryturę. Chyba za bardzo się wypaliłam. Duch by jeszcze pracował, ale ciało .. nie. Zaczęłam mieć coraz poważniejsze kłopoty ze zdrowiem i zdecydowałam, że .. dziękuję.
Jeszcze przez dwa lata pracowałam jako emerytka na pół etatu w świetlicy szkolnej – jak to określiłam, na ostatnim szańcu. Szkoda, że nie w ukochanej bibliotece. Ale serce mnie bolało, gdy czasami tam wchodziłam i widziałam nowe porządki. Może lepsze, ale dzieci było zdecydowanie mniej. Nie było konkursów, nie było teatrzyku, nie było stałych godzin dla najmłodszych.
W świetlicy też cos można było zdziałać! Ponieważ zajęcia w świetlicy rozmywały się, nigdy nie widać co dzieci robiły, wymyśliłam tzw. „grę świetlicową”. Za każdą formę uczestnictwa w zajęciach, a było ich przecież mnóstwo, dzieci mogły otrzymywać odpowiedni znaczek. Regulamin gry był wywieszony na drzwiach świetlicy, przedstawiony został wychowawcom. I zaczęło się zbieranie znaczków. Okazało się, że dzieci w świetlicy odrabiają lekcje, dbają o ład i porządek, uczestniczą w różnych formach zajęć. Tylko od konsekwencji nauczycieli zależało, jakie znaczki otrzymywały i wklejały do specjalnego zeszytu pod koniec dnia, przy wyjściu. Często byłam po południu, mogłam więc tę grę systematycznie prowadzić.
Jak miło mi było, gdy po sześciu latach byłam w świetlicy i swoją grę widziałam prowadzoną dalej. Wprawdzie w nieco okrojonej formie, ale była. Czyli pomysł był dobry!
W swoich wspomnieniach pominęłam sprawy, które miały miejsce, ale tak szczegółowe potraktowanie ich byłoby może męczące, a może mniej w tej chwili ważne dla mnie.
Nie mówiłam zbyt wiele o swoich dyrektorach, ich oddziaływaniu na kształtowanie się atmosfery pracy nauczyciela i szkoły. A miałam szczęcie czy nieszczęście pracować pod kierunkiem aż ośmiu dyrektorów.
Nie mówiłam zbyt wiele o swojej działalności w ZHP, a przecież było to prawie czternaście lat pracy w Częstochowie. Gdy zaczynałam pracę, byłam drużynową zuchów w swojej klasie, potem namiestnikiem zuchowym, by wreszcie w latach 1977-1980 zostać komendantem szczepu harcerskiego. Obietnice zuchowe, przyrzeczenia harcerskie, obozy biwaki były chlebem powszednim tamtych lat.
W roku 1978-1980 szkoła i mój szczep harcerski uczestniczyliśmy w ogólnopolskim konkursie ‘Otwartych szkół” (tak to chyba się nazywało). Zdobyliśmy prawdopodobnie jakąś nagrodę, o czym poinformowała mnie przypadkowo spotkana w Opolu Komendantka Hufca z Częstochowy. Składała mi gratulacje i była zdziwiona, że nic o wygranej nie wiem. Nie dotarła do mnie żadna wiadomość na ten temat.
Nie mówiłam w ogóle o swojej działalności w ZNP, z którym nierozerwalnie związana była moja praca, a w latach1983-1986 prezesowanie ogniskiem ZNP w szkole w Opolu (SP nr 18). Po uchyleniu zawieszenia (w stanie wojennym) działalności związków zawodowych, odnowiło działanie ognisko ZNP, w którym wybrano mnie prezesem.
Wtedy też zaczęłam docierać do nauczycieli – emerytów tej szkoły i wtedy może mogłam zobaczyć przedsmak tego, co mnie czeka w dalekiej, niedalekiej przyszłości.
Były to spotkania pełne łez wzruszenia, że pamiętamy jeszcze o nich. Ze swoją klasą składałam tym nauczycielom życzenia z okazji Dnia Nauczyciela, Dnia Kobiet, świąteczne.
Ponieważ kupowaliśmy wówczas symboliczne upominki (fundusz socjalny), zanosiliśmy je również. Czasami z odwiedzinami szła ze mną dyrektorka tej szkoły. W ostatniej placówce do ZNP należało już tylko dwudziestu nauczycieli na prawie stu (tyle podpisów widnieje na pożegnalnym albumie od ZNP). Teraz słyszałam, że w ZNP jest tylko garstka starych nauczycieli, młodzi do związku się nie zapisują.
Nie mówiłam o swoich studiach, kursach, kursikach, których było nieskończenie wiele. Tylko jeden był użyteczny – kurs informatyczny dla nauczycieli bibliotekarzy w 1995 r. Pozostałe kursy – to były tylko papierki potwierdzające moją wiedzę, nie wnosiły nic nowego. Nie mówiłam o swoich koleżankach, kolegach – nauczycielach. Jak ważni byli w tworzeniu etosu zawodu. Nie mówiłam o swojej rodzinie, która była dla mnie zawsze ważna, i która pomagała i współuczestniczyła w mojej pracy zawodowej.

Rok 2001
12 listopada urodził się Oluś – syn mojej córki. Znowu jestem potrzebna. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie napisać książki „Ja i mój geniusz”. Geniusz – to Oleś.
Cudownie być babcią nauczycielką. Znam tyle wierszy, zabaw, piosenek. Żeby tylko zdrowie było cudowne. Obserwuję tego malucha i widzę ogromny talent manualny – są puzzle z gąbki, niech ćwiczy paluszki. Oleś rysuje, maluje, wycina. Najpiękniej. Wszyscy płaczą ze śmiechu, gdy moje szczęście pokazuje, jak babcia ćwiczy: raz dwa, raz dwa i macha nóżką. To nie ja, to jego twórczość własna. A na Dzień Babci w 2004 roku dostałam swój pierwszy portret od dwuletniego geniusza, babcia miała na nim brązowe włosy. Natychmiast ufarbowałam swoje siwizny na brązowo. Czy to nie geniusz?
A jak zajada ulubione pierożki z jabłkiem, mruży oczka w zachwycie. – Babciu, ty wiesz, co ja najbardziej lubię! Pychotka!
Myślę, że współpraca z geniuszem będzie trwała jeszcze wiele, wiele lat. Może więcej kandydatów na geniusz pojawi się w rodzinie? Liczę na to !

13 stycznia 2005 r.
Dzisiaj poprosiłam lekarza wykonującego mi prywatnie badania o wystawienie rachunku za usługę. Może szkoła zwróci mi pieniądze za konieczne leczenie prywatne.
A gdzie pani pracowała?
W budżetówce.. w szkole.
Nie żałuje pani tego czasu , że nie został on zmarnowany?
Nie, niczego nie żałuję. Nie zmarnowałam ani jednego dnia, ani jednej godziny. Niczego bym nie zmieniła, nawet gdybym mogła cofnąć czas. Tak, niczego bym nie zmieniła.

Mój syn (1996-2005)
Rok 1996
Adam pracował już rok po ukończeniu studiów w prywatnej firmie informatycznej. Był zadowolony, ale to nie było to…
W czasie wakacji 1996 r. wstąpił na Politechnikę Częstochowską z pytaniem, czy nie potrzebują pracownika z jego wykształceniem i zainteresowaniami. Potrzebowali. Organizowany był nowy wydział. Jako asystent profesora od razu skoczył na głęboką wodę – ćwiczenia ze studentami, tłumaczenia, referaty, konferencje naukowe. Profesor zaczął przygotowywać ich, Adama i jego kolegę do doktoratu. Znowu referaty, konferencje naukowe, wyjazdy na sympozja, organizowanie konferencji na uczelni a przede wszystkim praca naukowa, której efektem miał być doktorat.

Rok 2002
Mimo wypadku i długiej, półrocznej rehabilitacji i leczenia Adam obronił doktorat na AGH w Krakowie! Zostaliśmy zaproszeni oboje z mężem na tą obronę. Nie widziałam nigdy jak wygląda obrona doktoratu. Potężne audytorium, tłum ludzi i mój syn, sam przed wszystkimi. Prezentacja pracy, według mnie, wypadła dobrze. A potem atak: pytania i zarzuty, tak to ja czułam, a moje kochane dziecko spojrzało na mnie, spojrzało po sali, po twarzach kolegów i popłynęła piękna, rzeczowa odpowiedź, kontrargumenty.
Mamo, czy widzisz tam z góry Adasia? Co czujesz ? Pewnie jesteś dumna i z niego i ze mnie. Udało się nam obydwojgu.
Adam pracuje nadal na Politechnice Częstochowskiej, zaczyna myśleć o habilitacji. Martwię się, że nie ma czasu dla rodziny, dla najbliższych, że nie ma czasu dla siebie. Czasami korci mnie, żeby powiedzieć:
Zatrzymaj się synku. Zwolnij. Zacznij żyć normalnie.
A czy ja żyłam normalnie, czy moja mama żyła normalnie? Tak! Dlatego nie mogę mu powiedzieć, żeby mniej pracował, żeby zaczął żyć normalnie. Przecież on żyje pracą. Tak jak ja. Tak jak moja mama.

15 stycznia 2005 r.
Podsumowując ten czas pracy zawodowej trzech pokoleń dochodzę do wniosku, że mojej mamie do pracy wystarczała wiedza, intuicja i kreda do tablicy. Mnie to samo plus różnego rodzaju środki audiowizualne, ale mojemu synowi potrzebny jest przede wszystkim laptop i multimedia, a w oparciu o wiedzę czerpaną z programów multimedialnych może doskonalić swój warsztat pracy.
Łączy nas jedno: pasja wykonywania swojego powołania.

autor: Krystyna