19212889_10210237381913520_802830715_o

Wojenne dziecko

Urodziłem się w Radomsku 1 maja 1942 roku. Ojciec był lekarzem, matka pedagogiem i skrzypaczką. Obie umiejętności z czasem poszły w zapomnienie. Ojciec Aleksander nie był wielkiego wzrostu był za to wielkim patriotą (Legiony, POW, AK). Nie posiadłem ani ja ani moja mama szczegółowej wiedzy o konspiracyjnej działalności ojca w AK, pseudonim Wirski. Była wsypa (Polacy).Ojciec zdążył wywieźć mnie, brata Ryszarda i mamę do Buska Zdroju wspólnie z wujem Konradem wybudował dom. Tam byliśmy w miarę bezpieczni. Będąc lojalnym wobec miejscowej organizacji AK wrócił do Radomska, gdzie został wkrótce aresztowany i zamordowany przez gestapo w Radomiu. Z okresu wojny pamiętam księżyc oglądany przez lunetę (wyglądał jak ser szwajcarski) zamontowana czy to na zenitówce czy innym stojaku przez Niemców.
Nim uciekli Niemcy weszli zwiadowcy radzieccy. Ludzie w nicy donosili im jedzenie. Zostawili mamie adresy. Jak wynikało z późniejszej korespondencji nikt z nich nie ocalał gdyż dostali się w okrążenie. Na łąkach stanął konny eszelon sanitarny (stąd w trawie trzeba było zbierać ampułki by nie zjadła ich krowa). Na „dworskim” lądował ruski dwupłatowiec i za drobną opłata w naturze (bimber lub wódka) można było się przelecieć. Lotnik bardzo sprawnie to czynił mimo małej łąki.
Z okresu powojennego pamiętam litrowe butelki z różnego koloru prochem, który z czegoś brat wysypywał. Robił to do czasu gdy mama pokazała mu człowieka, któremu wysypywanie się nie udało. Butelki zostały głęboko zakopane w ogrodzie.
Minęło kilka lat i mama poszła zapisać mnie do szkoły podstawowej. Kierownik podsunął mi gazetę i kazał czytać po czym zdecydował, druga klasa. Klasy były łączone. Pierwsza z drugą, trzecia z czwartą, wyższe nie były łączone. Ze szkoły utkwił mi w pamięci film kreskówka o „Smoku Wawelskim” oraz kakao z UNRY, którego nie wypiłem, bo nawbijałem sobie kolców ostów w bose stopy i zachorowałem. Siódmą klasę w końcu uruchomili, jednak kierownik wydał mi świadectwo i powiedział bym zapisał się do szkoły w Busku Zdroju. Do szkoły wiejskiej miałem pół kilometra a do miejskiej dwa kilometry. Właściwie mieszkałem w Zbludowicach, lecz przysiółek ten przylegał do Buska i adres i listonosz był buski. Ukończyłem siódmą klasę w części szkoły (piętro), która zarazem była ćwiczeniówką dla uczniów liceum pedagogicznego.
Tu muszę dodać iż w Zbludowicach niektóre nauczycielki były tylko nieznacznie starsze od uczniów, co było powodem zaczepek. Niektórzy uczniowie kradli i po ujęciu przez milicję trafili do poprawczaka, gdzie rzeczywiście zostali zresocjalizowani. Po wypuszczeniu przepraszali okradzionych za swoje czyny.
Bez problemów zdałem egzamin do liceum ogólnokształcącego im. T. Kościuszki. Odsiew był później bardzo duży, do matury dochodziło tylko 50% ośmioklasistów. Niektórzy przenosili się do innych szkół. Za to wskaźnik przyjęć na studia był znacznie powyżej 90%. Ja powtarzałem dziewiątą klasę, mniej przez polski, a więcej przez polonistkę, którą wsparła nie wiedzieć czemu biologiczka. Nawet byłem z tego zadowolony bo trafiłem na inny zestaw pedagogów. Biorą pod uwagę że szkołę rozpocząłem od drugiej klasy, szkole ukończyłem planowo.
Zgodnie z zainteresowaniami zostałem studentem Politechniki Częstochowskiej. Po jej ukończeniu
podjąłem pracę u fundatora stypendium. Jako stypendyście, MPK wpłaciło do Spółdzielni Nasza Praca na mieszkanie spółdzielcze, a wcześniej częściowo pokrywało koszty wynajmu pokoju u rodziny gdzie poznałem żonę. Po ślubie spółdzielnia udostępniła nam kawalerkę, później mieszkanie lokatorskie m3. Tam urodziły się nasze dwie córki. Musiałem łączyć mieszkanie i pracę w Częstochowie z wyjazdami do Buska bo mama i wuj byli coraz starsi i sami sobie w wielu sprawach nie radzili. Mieszkanie w Częstochowie było co prawda małe ale oni nie chcieli się przenosić.
Próbowałem znaleźć pracę w Busku lub Kielcach, ale okazało się to nieskuteczne i do świadczenia przedemerytalnego dotrwałem w MPK w Częstochowie.
W międzyczasie zmarł wuj i mama zamieszkała z nami. Nieruchomość w Busku sprzedałem a za uzyskane fundusze wybudowałem segment w którym mieszkam. Jako że był to okres szalonej dewaluacji nie zużyłem racjonalnie posiadanych środków. W Busku nabywca po kilkunastu latach nieużytkowania budynki wyburzył.
Wracając do okresu zatrudnienia jako urodzony 01.05 miałem poglądy lewicowe lecz będąc w ZMS celowo zaprzestałem opłacać składki i zostałem skreślony. Do partii też nie udało mnie się zwerbować. MPK w owym czasie świadczyło nie tylko usługi komunikacyjne, lecz podejmowało się produkcji i usług ponadstandardowych. Jako młody inżynier byłem czynnym i skutecznym racjonalizatorem. W dowód uznania zostałem oddelegowany na miesiąc na odbiór autobusów Ikarus do Budapesztu. Ikarusy te trafiły nie tylko do Częstochowy.
Jako że praca zawodowa nie zawsze była ciekawa, udzielałem się amatorsko w sekcji strzeleckiej i przez wiele lat w sekcji kartingowej jako jej mechanik i niekiedy prezes. Kartingowcy odnosili bardzo liczne sukcesy w Polsce, a nawet byli powoływani do kadry.
Organizacje, z którymi miałem styczność na różnym poziomie to: LOK, Ogniwo, PZM, CKM Włókniarz, NOT, Automobilklub Częstochowski i inne. Pozwalano mi łączyć działalność społeczną z zawodową. Działalność zawodowa na tym nie ucierpiała a inna działalność również przynosiła splendor dla MPK.
Stan wojenny i lata późniejsze nie wspominam zbyt przyjemnie. Macierzysta Solidarność, szybko straciła swe ideały. Rzekłbym była pierwsza generacja, druga generacja i trzecia niestety degeneracja. Po przejęciu sterów w firmie przez „styropianowców” nie wiedzieć czemu mnie marginalizowano, lecz nie będę się wgłębiał w szczegóły. Zawładnęła wszystkim komercjalizacja. Działalność społeczna była źle widziana, poza działalnością w kręgach zbliżonych do dyrektora, który później został prezesem. Skorzystałem ze zmian przy sterze firmy i we właściwym momencie przeszedłem na świadczenie przedemerytalne (2002) i emeryturę i (2007).
Stresowe momenty zakończyły się lekkim zawałem, który skutecznie został naprawiony w czasie pierwszej doby. Nie miałem nigdy problemów ze służbą zdrowia.
Obecnie wolny czas poświęcam speedrowerowi (sport) i retro rowerom.
Po kolejnej zmianie zarządu MPK podjąłem się przeglądu i konserwacji myjni autobusów firmy Karcher, którą modernizowałem według własnej koncepcji od razu po zakupie w 1991 roku. Niemcy zaakceptowali moje przeróbki i nie unieważnili gwarancji.

dscn0091Z Buskiem powoli traciłem kontakt gdyż po śmierci wuja (84 lata) zabrałem mamę do Częstochowy. Mama zmarła w wieku 91 lat w roku 1994.
W roku 2003 i 2013 byłem na zjazdach absolwentów pierwszego liceum ogólnokształcącego
im. T. Kościuszki w Busku Zdroju. W roku 2008 nie uczestniczyłem w zjeździe robiąc ”lifting” z powodu usterek organizmu.
W 2018 roku będzie stulecie liceum, może pojadę.

Ustka wrzesień 2014

Do powyższego tekstu mam opracowane suplementy:
– dzieciństwo
– wczesna młodość
-student
– patriotyzm i jego przeciwieństwo
– sport
– koła
– skrzypce Florentyny, które są tłem oraz rozszerzeniem

Suplementy

Dzieciństwo
Miałem blond kręcone włosy i nie znosiłem jak ciotki normalne i przyszywane usiłowały mnie pieścić i całować. Miałem duża swobodę i zdarzały mi się różne przygody czasem śmieszne, czasem groźne. Pewnego dnia wieśniak zabrał mnie na furmankę i dobrze, że rodzina to zauważyła, no wieśniak był bezdzietny i zapewne „naleganie” by mnie adoptował bo z papierami po wojnie było różnie. W swoich wędrówkach (np. oglądać samolot „kukurażnik”) często skręcałem nogi, gdyż nosiłem wojskowe buty z Unry najmniejszego rozmiaru. Na długo po przygodzie z woźnicą wlazłem na brzozę i brat musiał mnie z opresji Ratowa. Łatwiej było do góry niż w dół. Było po wojnie i w pokoju stały trzy litrowe butle prądu, który brat Ryszard z czegoś wysypywał. Wysypywał do czasu gdy mama nie pokazała mu na wozie kogoś, któremu wysypywanie się nie udało. Butle zostały zakopane w ogródku. Często chorowałem, a gdy była epidemia jakiejś zakaźnej choroby byłem ewakuowany do wuja Stanisława, który mieszkał zbyt daleko. Mieszkałem w Busku – Zdroju w pobliżu uzdrowiska, a właściwie w przysiółku tej Zbludowicach. Jako, że byliśmy przejezdni traktowana mnie trochę jako „obcego”. Wujek Konrad w dzieciństwie stracił słuch i mówił niewyraźnie lecz zrozumiale, co było powodem przedrzeźniania i zaczepek w stosunku do mojej małej osoby. W dużym naszym domu było bardzo ciasno, gdyż oprócz mnie, brat i wuja zagnieździli się tam różni osobnicy i ich rodziny. Nie byli oni zbyt lojalni niszczyli dom a nawet kradli.
Nim poszedłem do szkoły podstawowej umiałem czytać, pisać, liczyć oraz wykonywać różne domowe obowiązki. Pewnego suchego lata wuj Konrad wpuścił drabinę do studni a ja miałem ją wyczyścić z muła oraz wojennych radioodbiorników, granatów (przywiązanych jako obciążnik do wiadra), ciężarków z uchem, fajerek itp. Rzeczy. Dno studni było wybrukowane kamieniami, a z cieniutkiej warstwy piasku sączyła się okropnie zimna woda. Oczywiście pobyt w studni zakończył się zapaleniem stawów. Przygody z drzewami nie zakończyły się, z kolegą wlazłem na topolę by wbić gwóźdź torujący drogę jeszcze wyżej. Kolega (starszy) chwycił się gałęzi na której stałem, gałąź się złamała, a ja sadłem łamiąc po drodze inne gałęzie z wysokości ponad przewodami elektrycznymi. Z pomocą przeszedłem jeszcze może 100 metrów i „film się urwał”. Po za siniakami nie miałem żadnych obrażeń, co stwierdził lekarz oglądający prześwietlenie.
W szkole podstawowej niektórzy nauczyciele byli niewiele starsi od uczniów, a oczywiście za przyzwoleniem rodziców stosowano kary cielesne. Lasy 2 – 6 ukończyłem w szkole wiejskiej. Na zakończeniu szkoły podstawowej byłem w poczcie standardowym i wtedy ponownie urwał mi się film. Przypuszczam, że nie z powodu napięcia. Lecz pobytu na dachu, gdzie lalą zawieszoną na linie przebijałem gniazdo kawek w kominie.
W piecu paliło się i zapewne podtrułem się czadem.

Wczesna młodość
Rozpocząłem naukę w liceum Ogólnokształcącym im T. Kościuszki w Busku – Zdroju. Klasy 8 – me były liczne – powyżej 40 uczniów. Oczywiście jak co roku zimę przechorowałem, nie byłem klasyfikowany i po wakacjach zdałem egzaminy ze wszystkich przedmiotów i znalazłem się w klasie
9 – tej. Klasę dziewiątą powtarzałem powodu polonistki, a mnie polskiego. Zresztą nie byłem wówczas humanistą i byłem „dobry” z przedmiotów ścisłych. Jedna dwója dawała możliwość poprawek więc koleżanka polonistki nauczycielka biologii, również dołożyła dwóją. Na świadectwie maturalnym miałam z biologii 4. Dzięki na promowaniu trafiłem na inny, przyzwoity zestaw nauczycieli i dotrwałem do matury, która zdałem bez problemów.
Jako człowiek za natury spokojny, prawdopodobnie mniszyłem zawartość blachy z ciastkami. Szedłem z rynku w dół w kierunku parku. Pod górę szedł piekarz – ciastkarz oraz jego syn, którego nie znalem, a też był uczniem niższej klasy w ogólniaku. Syn zaczął słowne zaczepki, a ja niewiele myśląc pchnąłem go, usłyszałem szum ciastek i poszedłem nie odwracając się dalej. Chłopiec pytał nie w szkole kiedy zapłacę za ciastka. Ojciec jego w szkole Se nie pojawił. Doniesiono mi i z „syn” dostał solidne omłoty od „ojca”.
Nikt mnie więcej nie zaczepiał i obrażał. Za przewinienia uczniów (lub całą klasę) zawieszano w prawach uczniów. Wyrzucenie ze szkoły kończyło się przeważnie przeniesieniem do innej.
Pewnego roku w dniu wagarowicza zastawiliśmy szafą drzwi w klasie, a sami uciekliśmy przez okno (klasa była w parterowym baraku). Klasa była zawieszona, a odwieszono ją po dniu prac ziemnych w otoczeniu internatu. Oczywiście fizyk zawieszenie zignorował – powiedział, że fizyka jest i nie będziemy się obijać. Ów fizyk prowadził, również chór i orkiestrę dętą. Orkiestra uczestniczyła w różnych uroczystościach. Po obsłużeniu pogrzebu nie zachowano powagi, orkiestra weszła na podest „beczki śmierci” w której jeździł motocyklista i dała koncert. Motocyklista za darmo zrobił pokaz, a przy okazji miał reklamę. Dyrektor szkoły orkiestrantów zawiesił. Na ja długo i jaką Meli karę tego nie wiem.
W szkole były cotygodniowe apele na korytarzu, a prowadzący wyłuszczał swoje kwestie o różnej wadze. Pewnego dnia zwołano apel nadzwyczajny. Po tradycyjnej części odesłano młodszych uczniów do klas i zaczęła się część właściwa zakończona wyrzuceniem kilku uczniów. Okazało się, e zgwałcili kochankę ojca jednego z nich. Dlaczego ta pani znalazła się wraz z nimi w odludnym miejscu nie dociekano, ale była to okoliczność łagodząca.

Patriotyzm i nie patriotyzm
Ojciec mój Aleksander Bernadzikowski pochodził z Brzeska, a rodzina z Lipnicy Murowanej. Była to rodzina znana z patriotyzmu i społecznika. Aleksander szkole średnią ukończył z opóźnieniem z powodu zaangażowania się w działalność wojskową – Legiony – wieku kilkunastu lat miał stopień oficerski oraz nieobyczajność – palił z kolegami papierosy. Roku 1920 brał udział w „Bitwie Warszawskiej” i był ranny. Ukończył medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie podjął pracę w Wielkopolsce. Był członkiem P.OW (Powszechna Polska Organizacja Wojskowa) i powadził inspekcję obiektów wojskowych oraz szpitali. Ostatnim miejscem pracy był szpital w Radomsku. Wybuchła II Wojna Światowa – powołany do wojska znalazł się na Ukrainie. Wojna był przegrana i z wiadomych względów szukano regularnego oddziału Armii Czerwonej celem poddania się. Wkoło byli Ukraińcy. Internowani byli przez oddział Armii Czerwonej, którego dowódcą była kobieta lekarz. Dowiedziawszy się, że ojciec jest lekarzem zasugerowała ucieczkę na co za jej pozwoleniem przystał. Był w mundurze. Za dwa dni aresztowali go Niemcy. Został osadzony w oflagu w Norymberdze skąd zorganizowano mu ucieczkę. Wrócił do Radomska gdzie zaangażował się w działalność AK (referat opieki społecznej, kurier, PS. Wirski). Była wyspa (oczywiście przez nadgorliwych Polaków). O wyspie było wiadomo i zdążył wywieźć mnie, mojego brata Ryszarda oraz mamę do Buska – Zdroju, gdzie wybudował przed wojną razem z wujem Konradem, dom. Sam będąc honorowy wrócił do Radomska gdzie 17.10.1943 r. aresztowało go Gestapo. Został zamordowany w czasie śledztwa w Radomiu 23.11.1943 r. Trwała wojna
Dzięki temu, że do domu przylegał spory kawałek gruntu oraz przynależał inny te uprany rodzina była samowystarczalna. Wuj Konrad prowadził zakład malarski i dostawał zlecenia od Niemca odpowiedzialnego za funkcjonowanie uzdrowiska Busko – Zdrój. Niemiec był z grupy porządnych we właściwym zrozumieniu. Zabronił wpuszczania do siebie Polaków, gdyż bardzo często przychodzili z donosami. Nie przekazanie donosu do gestapo mogło skończyć się frontem wschodnim. Wracają do okresu przedwojennego wuj Konrad został (jako głuchy) powołany do wojska gdzie po miesiącu uznali, że nie symuluje. Wuj Stanisław, również był powołany do wojska, z którego zdezerterował – prawdopodobnie w czasie działań wojennych w 1920 r. Groził mu poważny wyrok sądu wojskowego, ale ukrywał się i sprawa została umorzona. Stanisław był raczej pacyfistą i nie grzeszył odwagą.
Minęła wojna. Mama nie dostała renty po ojcu w K (nie demokratycznej organizacji) mimo odwołania się do Rady Państwa. Po cichu załatwił jej pracę kasjerki naczelny lekarz uzdrowiska – kolega ojca ze studiów. Po roku 1949 mam Florentyna jednak dostała skromną rentę.
Po wojnie miały miejsca różne wydarzenia. W parku zgiął od kuli skrytobójczej (prawdopodobnie U.B.) dwudziestokilkulatek (pomyłkowo lub celowo). Do niesłyszącego wuja Konrada przyszedł rzekomy funkcjonariusz i aresztował go. Z wujem poszli znajomi. Funkcjonariusz zaczął się dobijać do pustego budynku przepompowni. Okazało się, że to psychol i po omłotach od znajomych, uciekł.
Na terenie od Burska po Częstochowę grasowała z bronią w reku banda koniokradów pod wodzą baby. Milicja była na tropie. Banda została rozwiązana i rozproszona. Nikt nie został aresztowany. W Busku funkcjonowało i funkcjonuje liceum Ogólnokształcące im. T. Kościuszki. Dyrektorem był ….. Godzwon uczestnik II Wojny Światowej, Powstania Warszawskiego, akowiec. Role swą wypełniał z palnym poświęceniem choć od flaszki nie stronił (libacje z wujem Stanisławem) to ogólniak prowadził twardą rękę. Starał się jak mógł pomagać szykanowanym. Np. z ogólniaka relegowano z klas maturalnej ucznia, którego rodzina była w A.K., a jego oddział próbował dotrzeć do walczącej Warszawy. Oficjalnie dostał „wilczy bilet”, nieoficjalnie zwolnił się na własną prośbę. Co potwierdzał otrzymany dokument.
Ukończył maturę w Kwidzyniu i Politechnikę Włocławską. Na zjazdy absolwentów przejeżdża jedna do Buska – Zdroju.
Wracając do okresu wojennego wuj Konrad miał w pomieszczeni gospodarczym żarna (bardzo dobre – kamienie granitowe) co było zabronione (tylko kwit z młynu) i groziło represjami. Któregoś dnia sąsiad powiedział, że doniósł o tym Niemcom. Kamienie znalazły się w szambie, a sąsiad nie miał gdzie śrutowiec i miele zboża. Po wojnie kamienie zostały wydobyte wypalone i zdezynfekowane powróciły do swej pierwotnej funkcji. Ogólnie rodzina moja była ufna ludziom. Drzwi wejściowe nie zamykano, gdyż do następnej wioski było może 2 km, a wędrowiec po „spożyciu” lub z powodu śnieżycy mógł poczekać na korytarzu. Drzwi do na już nie były zawsze otwarte po kradzieży roweru i płaszcza.
Kiedyś odwiedził nas obcy muzyk prosząc o nocleg widząc skrzypce poprosił o ich wypożyczenie. Starał się o pracę muzyka w Poznaniu. Po dwóch latach przywiózł je – miał już swoje. Obecnie skrzypce ma młoda muzyczka, które je podarowałem wobec braku muzykalnych (w tym ja) następców.
Rodzina żony miała zupełne losy. Matka oraz ciotki przybyły szlak Przemyśl, Kazachstan, morze Kaspijskie, Persja, Karadzi, południowa Afryka, Egipt, Anglia, Polska.
Ojciec z bratem w dniu wybuchu wojny postanowił uciekać. Szlak to Węgry, Rumunia, Turcja i Palestyna, gdzie zaciągnął się do wojska. Dalsza droga to wielki pod Tobrukiem – zgłoszenie się do lotnictwa, torpeda i tratwa na Morzu Śródziemnym, Anglia gdzie był na lotnisku w obsłudze taboru samochodowego oraz powrót do Polski, w której początkowo był szykanowany, ale w końcu doszedł do stanowiska biegłego sądowego, dyrektora technicznego mimo iż miał wykształcenie zawodowe. Tak w temacie patriotycznym doszedłem do XXI wieku, gdzie pojęcie to jest dziwnie postrzegane nie wnikają w szczegóły.

Sport
Nie lubiłem sportu i unikałem lekcji WF. Nie nauczyłem się pływać, a wyniki na sprawdzianach miałem marne. Nawet w sportach umysłowych (olimpiady) mimo iż byłem „dobry” z matematyki, fizyki itp. Nie osiągnąłem sukcesów.
Do służby wojskowej mnie ni zakwalifikowano chociaż kategorię wojskową miałem od C do A. W liceum startowałem jednak w strzelectwie (P.W. prof. Linek) broń w porównaniu do innych szkół mieliśmy lichą (Radomki) inni strzelali z Brną. Na studiach też zaliczono mnie do łamagów. Nie odbyłem studium wojskowego i gimnastykowałem się w grupie „specjalnej”. Wracając do szkoły średniej – dużo jeździłem rowerem i umiałem i naprawiałem rowery amatorom szosowcom. Styk z rowerami mam do dzisiaj. Na studiach udzielałem się społecznie np. przygotowując z kolegami boisko i sprzęt (kosze i tablice) do koszykówki. W pracy również zajmowałem się sportem strzeleckim (amatorsko LOK). Osiągając znośne wyniki.
Startowaliśmy również w zawodach MPK – ów (zespołowo II miejsce w Drzonkowie) W ostatnich zawodach zająłem I miejsce (Radom) w pojedynku strzeleckim kierowników ekip. Później broń zdano i sport strzelecki – amatorski zniknął. Zajmowałem się długie lata kartingiem. Sport ten powstał również w Częstochowie i jako studentowi udało mi się obejrzeć kilka uliczny zawodów. W MPK w Częstochowie grupa zapaleńców w latach 70 – dziesiątych reaktywowano ten sport w ramach LOK, później federacji „Ogniwo”. JA włączyłem się w działalność kartingową służąc pomocą techniczną. Sprzęt wykonywany był początkowo własnoręcznie, później w miarę sukcesów otrzymywaliśmy sprzęt z ZG i ZO PZM. Sukcesy były znaczące. W mistrzostwach Polski i imprezach równo rządy w różnych kategoriach klub, który w końcowym okresie został usunięty z zakładu miał około 50 tytułów mistrzowskich i wicemistrzowskich drużynowo i indywidualnie. W Polsce około 1400 czynnych zawodników głównie przy szkołach. Sport kartingowy sukcesywnie komercjalizował się stającą „sportem tatusiów” sponsorujących latorośli.
Wracając do sportu strzeleckiego w L.O. im. Sienkiewicza w Częstochowie po wypadku śmiertelnym na strzelnicy polowej, wybudowano dzięki prof. Orłowskiemu, strzelnicę sportową. Ba tej strzelnicy prowadziłem treningi oraz konserwację. Po śmierci prof. Orłowskiego strzelnic zburzono, gdyż przeszkadzała w nabożeństwach pobliskiego kościoła. AZS i LOK Częstochowa wybudował strzelnicę z zapleczem hotelowym.
Przypomnę jeszcze, że wyniki sportowe w kartingu w dużej mierze osiągałem dzięki własnoręcznie wykonanie hamowni silników oraz umiejętności zaocznym modernizacją (w ramach regulaminu) silników seryjnych. Hamownia bez mojej wiedzy została wy złomowana.
Okresowo (z konieczności) byłem, nie tylko klubowym mechanika, ale i prezesem sekcji. Pełniłem, również funkcję z ZO PZM w Katowicach i ZG PZM w Warszawie, miałem licencje komisarza sportowego (sędziego) w kartingu. Ze wszystkich funkcji zrezygnowałem po bezpodstawnych donosach „tatusiów”. Rzeczywiście – faworyzowałem dobrych zawodników, a nie miernoty.
Mechanikowałem, również przez krótki okres w klubie motorowym Włókniarz (żużel) s niezłym wynikiem. Również tam doprowadziłem (projekt) do wykonania hamowni. Po moim odejściu uznano, że hamownia jest zbędna i zniszczono ją. Przygotowaniem motocykli zajęli się „profesjonalni” mechanicy nie zawsze lojalni i uczciwi.
Działalność transportowa w tamtym okresie przynosiła splendor dla MPK 81 rok i lata późniejsze nie wspominam zbyt przyjemnie. Solidarność dość szybko straciła swe ideały. Powiedziałbym była I generacja, II generacja i III generacja. Po przejęciu sterów w firmie przez „styropianowców” nie wiedzieć czemu marginalizowano mnie, lecz nie będę się wygłębiał w szczegóły. Wszystko zaczęło się komercjalizować, na ogół działalność społeczna była źle widziana poza działalnością w kręgach zbliżonych do dyrektora, który później został prezesem. Skorzystałem z okazji zmian przy sterze firmy i we właściwym momencie (2002) przeszedłem na świadczenie przedemerytalne i emeryturę (2007). Stresowe momenty zakończyły się lekkim zawałem, który skutecznie został naprawiony w ciągu 1 doby. Jakoś nie miałem nigdy problemów ze służbą zdrowia.
Obecnie mam styk z rowerami użytkowymi szczególnie „retro”. Sporadycznie zajmuję się sportem speedrowerowym naprawiając rowery oraz wyposażenie toru speedrowerowego. Na torze speedrowerowym w Częstochowie odbywały i odbywają się zawody różnych szczebli, nawet Mistrzostwa Świata.

Skrzypce Florentyny
Florentyna pochodziła z Galicji, a jej przodkowie to byli Polacy (z południowej Polski, Czesi, Słowacy, a nawet Holenderska) W większości byli to ludzie muzykalni grający na różnorodnych instrumentach. Była wczesna połowa XX wieku. Rodzina Florentyny z racji kryzysu przemieszczała się. J tak Florentyna znalazła się w Krakowie, gdzie pobierała naukę gry na skrzypcach (prawdopodobnie w konserwatorium). Słuch miała idealny, niestety nie miała pamięci muzycznej i wykonywane przez nią utwory niekiedy odbiegały od oryginału co mogło zauważyć wyjątkowo muzykalne ucho. Rodzina zaopatrzyła ją w skrócone skrzypce (gdyż była drobnej budowy) wykonana przez krakowskiego lutnika. Ostatecznie ukończyła średnie szkołę pedagogiczną we Włocławku (z braku środków niektóre uczennice w tym Florentyna i spały na siennikach rozłożonych w pracowniach i klasach). Pierwszą pracę nauczycielki rozpoczęła w Węgierskiej Górce z góralskimi dziećmi. Umiejętności gry na skrzypcach była przydatna jak też to, że nie wymagała odrębnych dzieci nadmiernego rygoru. W efekcie mimo zastrzeżeń uzyskała pozytywną opinię kuratora.
Dalsze losy to wędrówka po Polsce wraz z mężem lekarzem. Ostatecznie jako wdowa osiadła w Busku Zdroju. Rodzinny dom, aczkolwiek nie ukończony mieścił rożnych lokatorów i powojennych wędrowców. Pewnego dnia o nocleg poprosił (jak się okazało muzyk), który był w drodze do Poznania gdzie spodziewał się pracy w Filharmonii. Zobaczywszy skrzypce, poprosił o ich wypożyczenie. Pochodząca z ufnej rodziny Florentyna pożyczyła skrzypce, które oddał po trzech latach dobiwszy się własnych. Florentyna przeżyła 91 lat i zmarła prawie dokładnie w dniu urodzin.
Pozostałe po niej skrzypce podarowałem jednej z bliźniaczek skrzypaczek. W czasie koniecznej naprawy przez lutnika okazało się (wklejka), że siostra ma skrzypce od tego samego rzemieślnika. Tym razem skrzypce znalazły się w rękach panny, która kontynuuje Profesję muzyczną.
Ja Ignacy syn Florentyny nie zostałem muzykalny.

autor: Ignacy