18136358_10209824103541819_1968212758_n

Z mojego punktu widzenia cz.1

link do cz.2: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/z-mojego-punktu-widzenia-cz-2/

W wieku 64 lat przyszło mi pisać o swoim życiu. Jest to dla mnie pierwsza tego rodzaju przygoda i przyznaję szczerze, czuję się trochę nieswojo. Dziś, gdy mam za plecami ogrom przeżytych chwil, wiem, że wiele życiowych sytuacji godnych zanotowania, wiele wspomnień umknęło mojej pamięci. Do niektórych świadomie nie chcę wracać. Wciąż są dla mnie zbyt trudne, zbyt bolesne. Inne niosą radość, ciepło i nadzieję. Mają twarze i imiona ludzi szczególnie dla mnie ważnych, bliskich i drogich. Czytelnikom, którzy zechcą odbyć wraz ze mną podróż przez moje wspomnienia chciałbym opowiedzieć o tym, jak spotkanie z nimi nadało sens mojemu życiu.
Niezatartym wspomnieniem z czasów mojego dzieciństwa była przeprowadzka do nowego miejsca – Kolonii Wierzchowisko w gminie Mykanów. To było bez wątpienia najważniejsze wydarzenie w moim kilkuletnim życiu. Miałem wówczas 7 lat. Wraz z rodzicami i 3-letnią siostrą Elżbietą, zamieszkałem na pierwszym, a zarazem najwyższym piętrze budynku, który zajmowały już trzy inne rodziny. Naprzeciwko domu, otoczonego przez gęsty las, znajdowała się przepompownia wody, zaopatrująca w wodę Częstochowę i jej okolice. Tam też ojciec mój objął posadę kierownika obiektu. Mama natomiast, jak to w tamtych czasach bywało, poświęcała się pielęgnowaniu ogniska domowego, w tym nas- dwójki żywotnych pociech. Z opowieści rodziców bynajmniej nie wyłania się obraz aniołków, niezmiennie poczciwych w swych intencjach. Byliśmy pełnymi niespożytej energii dzieciakami, którym nieustannie wpadały do głów cudaczne, łobuzerskie pomysły rodem z komedii czy dreszczowca, co wielokrotnie wprowadzało rodziców w stan podwyższonego ciśnienia. Czasem nie obyło się bez tradycyjnego lania, które naówczas było popularną metodą wychowawczą, zarzuconą na rzecz obecnie rozpowszechnionych wzorców bezstresowego wychowania. Pierwszą burę, przyprawioną mantem, dostaliśmy za zjedzenie sąsiadce śliwek. Na parterze naszego budynku mieszkała rodzina państwa M. z trójką dzieci: najstarszym Bronkiem (mój rocznik), Dzidkiem (rocznik mojej siostry) i malutką Iwonką, która ze względu na wiek nie brała udziału w realizacji naszego diabelskiego planu zawłaszczenia owocu. Pani M. kupiła wielki koszyk żółciutkich, dorodnych śliwek
z zamiarem przygotowania przetworów na zimę. Błąd taktyczny naszej sąsiadki polegał na tym, iż nie przewidziała, że czwórka małych, acz przebiegłych, komandosów odbije jej przetrzymywany w piwnicy rarytas, dzięki wykorzystaniu niepozornego okienka, znajdującego się z tyłu budynku. Po opróżnieniu koszyka, zadowoleni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, który nie trwał jednak długo z uwagi na intensywne wrzaski pani M. Nasz występek właśnie został wykryty, a bezecna natura obnażona. I to był sygnał, aby jak najszybciej schować się w gęstwinie leśnej, gdzie znajdowała się ziemianka. Gdy po kilku godzinach ukrywania się i wymuszonego obcowania z przyrodą dopadł nas cichy, chłodny wieczór, znać o sobie dały puste brzuchy i gęsia skórka. Wróciliśmy w końcu do domów, choć wiedzieliśmy, że kara nas nie ominie. Rodzice postawili sobie za punkt honoru uświadomienie nam, że cudzej własności się nie zabiera, choć przecież doskonale o tym wiedzieliśmy już w chwili, gdy jedno z nas wpadło na pomysł, by tę cudzą własność wtranżolić ze smakiem.
Kolejna, tym razem niebezpieczna, sytuacja, z którą musieliśmy się zmierzyć, dotyczyła naszej koleżanki, Małgosi, mieszkającej wraz z rodzicami i dwoma starszymi siostrami, Danutą i Haliną, na parterze budynku. Natomiast posiadacze wiatrówki, która odegrała w tej historii główną rolę, mieszkali razem ze mną na pierwszym piętrze. Owi sąsiedzi, Wojtek i Kostek, mieli już naście wiosen i mogli sobie pozwolić na bardziej „dorosłe” sposoby zabicie czasu. Tymczasem zabicie czasu za pomocą wiatrówki również i nam wydawało się kuszącym rozwiązaniem. Ponieważ ze wszech miar słuszne, ze względu na nasz młody wiek, było nałożenie na nas zakazu korzystania z wiatrówki, z niecierpliwością wyczekiwaliśmy cichej okazji do zapoznania się z jej walorami. Okazja taka nadarzyła się, gdy Wojtek i Kostek przerwali na chwilę strzelanie w tarczę umocowaną na drzwiach garażu, by przywitać kolegę i przyjrzeć się jego efektownemu motorowi (ówczesna WS-ka). Mieliśmy wrażenie, że los właśnie szeroko się do nas uśmiecha, a pozostawiona wiatrówka sama prosi się o jej użycie. Zabawa zapewne skończyłaby się szczęśliwie, gdyby nie pojawienie się Małgorzaty. Zajęci wymierzaniem lufy w tarczę, nie zdążyliśmy zareagować na jej wyłonienie się zza drzwi garażu, gdy padł strzał. Przeraźliwe krzyki Małgorzaty sprowadziły na miejsce Wojtka, Kostka i kilkoro innych osób, a nam, zszokowanym całym zajściem, do głowy przyszła tylko jedna myśl: ucieczka do naszej ziemianki. Tym razem strach przed ewentualnym laniem osiągnął znacznie większe rozmiary niż przy ostatnim wybryku, a niepewność co do stanu Małgosi dodawała tej sytuacji jeszcze bardziej przytłaczającą dawkę dramatyzmu. Jednogłośnie postanowiliśmy pozostać w ziemiance na noc. A była to dla nas pierwsza taka noc poza domem. I zapewne stała się dla nas karą nader straszniejszą i surowszą niż lanie. Wróciwszy do swoich domostw po wielu godzinach udręki podtrzymywanej na własne życzenie, dowiedzieliśmy się, że śrut lekko zranił naszą koleżankę w ucho. Odetchnęliśmy z ulgą, bo obawialiśmy się większej makabry, jednakże nic nie uchroniło nas od skwapliwie wymierzonej kary za lekkomyślność i nieposłuszeństwo.

dscn0125
Lata 1958-1965, szkoła podstawowa w miejscowości Lubojna. Dwukilometrową drogę do szkoły byliśmy zmuszeni pokonywać pieszo, ale nie obyło się bez kombinowania. Zwykle we wtorki i piątki udawało nam się zorganizować sobie podwózkę. W owe dni można było spotkać na drodze rolników wracających z Brzeźnicy, gdzie sprzedawali swoje zbiory. Wielkie wozy zaprzężone w konie z woźnicami przeważnie pochłoniętymi błogim snem stwarzały doskonałe warunki do jazdy na gapę. W pewien piątkowy poranek pomyślnie chwyciłem się tyłu jednego z nadjeżdżających wozów, by móc z triumfem upajać się darmowym transportem. Jednakże, pojazd zaprzęgnięty w dwa dorodne okazy koni akurat wypełniony był po brzegi węglem, a ja nie przeczuwałem, że wyboista, pełna dziur droga okaże się zdradziecka. Gdy wóz wpadł w głębszą wyrwę, uchwyt z tyłu wozu, którego się trzymałem, obluzował się i znaczna część węgla znalazła się na drodze. Razem ze mną. Na dodatek jedna z brył boleśnie uderzyła mnie w kolano, przez co o moim standardowym sposobie wychodzenia z opresji – ucieczce – nie było mowy. Groźna mina rozgniewanego woźnicy mówiła sama za siebie. Po naprawieniu pojazdu, czułem się w obowiązku, a raczej zostałem zmuszony, załadować rozrzucony węgiel z powrotem na wóz. Do szkoły przyszedłem spóźniony, z obolałą nogą i prezencją górnika po szychcie.
Okres mojego dzieciństwa wspominam wspaniale. Rodzice wychowywali nas jak potrafili najlepiej. Ojciec na nocnej zmianie czasem sklejał okazałe modele samolotów, od których trudno mi było oderwać wzrok, albo czytał książki. Opowiadał nam je później tak barwnie i z takim zaangażowaniem, że po zamknięciu oczu można było przenieść się myślami do tamtego kolorowego, fikcyjnego świata i wczuć się w występujące w nim postaci. To sprawiało prawdziwą frajdę. Mama natomiast doskonale radziła sobie z dbaniem o dom, w którym królowały czystość, porządek i pyszne obiady. Do drugiego śniadania zawsze dołączała nam świeże owoce zerwane w naszym ogrodzie. Jako dzieciom niczego nam nie brakowało, mogliśmy beztrosko odkrywać świat. Niestety, przykre zajścia też miały miejsce, jak to w życiu. Pewnego dnia, mój tato i ojciec Bronka zbudowali nam huśtawkę wyposażoną w trzy siedzenia i wysoką na 10 metrów. Taka monstrualna huśtawka uciechy dawała nam co niemiara. Natomiast koleżanki, które odważyły się na niej usiąść, przy odpowiednim rozbujaniu traciły wszelką ochotę na „poprawiny” na kolosie. Dziewczyny miały widać instynkt samozachowawczego, w nas się on niestety nie odezwał. Ja i Bronek, jak to chłopaki mają w zwyczaju, postanowiliśmy dać niezapomniany popis i rozkołysać się do jak najwyższego punktu, nosząc się z myślą obrócenia huśtawki wokół własnej osi. Stanęliśmy naprzeciw siebie na siedzisku i poczęliśmy się coraz mocniej huśtać. W pewnym momencie, gdy zawiśliśmy w powietrzu niemal równolegle do ziemi, Bronek nie utrzymał się i spadł na twarde podłoże. Wszystko działo się potem w tak przyspieszonym tempie, że czułem, jakbym na moment się wyłączył i obserwował rozwój sytuacji bezwolnie i nieruchomo. Natychmiastowa reakcja rozgorączkowanych dorosłych, szybki przyjazd karetki pogotowia, reanimacja i bezzwłoczny przewóz do kliniki w Zabrzu – tak umknęła pierwsza godzina. Poturbowany Bronek spędził kilka miesięcy na rekonwalescencji, ale ani on, ani jego rodzice nie mieli do mnie pretensji, choć czułem się winny wypadku, w którym sam nie ucierpiałem. Niemniej jednak, coś pękło w naszej przyjaźni i nie była już taka, jak kiedyś.
Lata dziecięce upłynęły też pod znakiem sportowych pasji. W głowach kłębił się nam pomysł zagospodarowania leśnej polany i zbudowania boiska do gier w piłkę nożną, siatkową i koszykówkę, które w zimę opcjonalnie służyłoby jako lodowisko. Zorganizowałem z rodzicami zebranie dla okolicznej młodzieży, a moja pierwsza w życiu publiczna przemowa została przyjęta z wielkim zainteresowaniem. Przedstawiony plan i założenia zebrały oklaski. Jednocześnie wybrano mnie na szefa całego przedsięwzięcia. Naszą koncepcję postanowiliśmy czym prędzej przekuć w czyn i z wielkim zacięciem przystąpiliśmy do pracy, a była jej masa. Po kilku tygodniach harówki udało nam się osiągnąć wytęskniony cel i oficjalne otwarcie boiska z prawdziwego zdarzenia doszło do skutku. Jedynym mankamentem w całym tym naszym przedsięwzięciu była gumowa piłka do gry, która mogła zadecydować o zakończeniu meczu w każdej chwili, nawet w początkowych jego minutach. Padła propozycja zakupienia piłki skórzanej. Około 15 chłopaków i dziewczyn uczestniczyło w zbiórce złomu i makulatury, które wkrótce zamieniły się w naszą upragnioną, niezniszczalną piłkę ze skóry. Pierwszy mecz z nową piłką na nowym boisku nie mógł rozstrzygnąć się inaczej – zwycięstwo nad drużyną z Lubojny. Zapewne o wygranej przesądziło nasze podekscytowanie i entuzjazm wynikające z rozpierającej nas dumy. Przecież to my, sami własnymi rękami ze zwyczajnej leśnej polany stworzyliśmy coś, co dla okolicznej wspólnoty stanowiło swoiste urozmaicenie i odskocznię od codzienności, a dla nas było po prostu magiczne. Co więcej, część naszego zespołu reprezentowały dziewczyny, które jak się okazało, dorównały chłopakom zwinnością i talentem.
Dzieląc się swymi wspomnieniami z lat dzieciństwa, nie mógłbym nie napomknąć o bardzo ważnym dla mnie podarunku, jednym z tych, które zostają w pamięci do końca. Zwykły rower, zakupiony przez moich rodziców podczas wyprawy do Legnicy, znaczył dla mnie więcej niż własna ręka. W obecnych czasach, gdy na ulicach rządzą samochody, a sklepy bombardowane są najrozmaitszymi dobrami i pękają od naporu wszelakich cacek, gadżetów i najnowszych zdobyczy technologii, rower może dla wielu wydawać się czymś tak zwyczajnym i pospolitym jak doniczka z kwiatkiem na parapecie okiennym. Ale w przeszłości był to przedmiot wzbudzający podziw i niemałą zazdrość. Jazda do szkoły okazała się czystą przyjemnością, a przejażdżki po okolicy – stałą atrakcją popołudniowych godzin, choć ciężko uproszoną. Rower bowiem, choć tak mi drogi i wymarzony, stał się źródłem problemów. Dla mnie i moich rodziców stało się jasne, że pogodzenie użytkowania mojego wymarzonego prezentu z nauką szkolną i nauką gry na akordeonie, którą rozpocząłem już w przedszkolu muzycznym, jest zadaniem niezwykle trudnym. Do tego dochodził jeszcze czas spędzony przy piłce, do której miałem ogromny sentyment. Tym sposobem doba stała się dla mnie stanowczo za krótka. Sytuację komplikował ponadto fakt, iż moim nauczycielem gry na instrumencie był, zarówno w przedszkolu jak i później, w szkole przy ul. Jasnogórskiej, człowiek niesłychanie srogi i wymagający, z którym przez kilka lat przeżywałem prawdziwą gehennę. Owa droga przez mękę trwała do czasu, aż oznajmił, iż nie widzi we mnie żadnego wirtuoza, co, o dziwo, przyjąłem z ulgą.
W końcu przeszywające spojrzenie złowrogiego profesora już dłużej nade mną nie wisiało, a ja miałem więcej czasu na moje ulubione zajęcia.
Gdy osiągnąłem 14. rok życia, przyszło mi pożegnać się ze szkołą podstawową w Lubojnie, z przyjaciółmi i kolegami i co ważne, z moją umiłowaną nauczycielką, panią Danutą Krawczyk, która kształciła mnie przez cały okres trwania nauki w szkole. Nawet dziś, po tak wielu latach, trudno nam zakończyć rozmowę i się rozejść, gdy natrafimy na siebie na ulicy. Pani Danuta jawiła się jako wzorcowy przykład pedagoga oddanego uczniom i ich sprawom. Do tej pory jestem jej wdzięczny za opiekę i drogocenne porady, które pomagały mi przejść przez trudniejsze momenty życia.
Wybór szkoły średniej nie był prostą decyzją. Moja nauczycielka zaproponowała technikum leśnictwa, co wiązało się z zamieszkaniem w internacie. Przyroda, las – moja pasja od zawsze. Jednak rodzice nie pozwoliliby mi na wyjazd w dalekie strony. Tymczasem w Częstochowie na miejscu technikum górniczego powstały Techniczne Zakłady Naukowe, gdzie zdecydowałem się złożyć papiery. Rekrutacja rysowała się raczej w ciemnych barwach. W związku z wyżem demograficznym oraz, zapewne, popularnością nowej szkoły na jedno miejsce przypadało 10-11 osób. Skutkiem tego, zmuszony byłem wybrać bardziej bezpieczną opcję i odpowiednie dokumenty dostarczyłem do Szkoły Rzemiosł Budowlanych przy ul. Targowej. Tam też, jako przyszły malarz konstrukcyjny, poświęcałem czas nauce i monotonnie mijających praktykom.
Gdy nauka w szkole zasadniczej dobiegła końca, moje myśli zajął kolejny dylemat – czy iść do pracy i zacząć zarabiać na swoje potrzeby, czy może złożyć papiery do 3-letniego technikum budowlanego. Ostatecznie wygrała druga opcja. Niestety, w moim domu rodzinnym zaczęły się mnożyć problemy. Tata coraz częściej zaglądał do kieliszka, a jak to zwykle bywa, kolejnym kieliszkom towarzyszyły kolejne kłótnie i kolejne nieprzespane noce. Na moje pytania zamartwiająca się mama za każdym razem wymijająco odpowiadała, że ten stan rzeczy jest przejściowy i niebawem wszystko wróci do normy. Ale ja widziałem to zupełnie inaczej. Mój ojciec był bardzo dobrym fachmanem, podręcznikowym przykładem złotej rączki, która na mechanice pojazdowej, urządzeń mechanicznych i budownictwie znała się jak mało kto. Wraz z rosnącą ilością zamówień na pracę przybywało pieniędzy i incydentów z nadużywaniem alkoholu. Będąc trzeźwym, tata przepraszał za swoje zachowanie, jednak koledzy z okolic, czyli jego główni potencjalni klienci, perfekcyjnie opanowali techniki perswazji, by połączyć, w ich mniemaniu, przyjemne z pożytecznym, i każdą wykonaną usługę uwieńczyć stuknięciem w kieliszek. W tamtych czasach, wódka nierzadko traktowana była jako waluta przetargowa stawiana na równi z pieniędzmi. Problem taty rozwinął się do tego stopnia, iż musieliśmy zaprzestać budowy naszego wymarzonego domu na działce, podarowanej nam przez dziadka. Postawiona tam prowizoryczna wiata stała się miejscem alkoholowych uczt, zamiast służyć jako schowek na narzędzia i materiały budowlane, potrzebne do budowy. Atmosfera w domu zagęszczała się coraz bardziej.
W tym samym czasie otrzymałem ofertę pracy w delegacji przy budowie fabryki maszyn włókienniczych w Bielsko-Białej. Wreszcie mogłem się wykazać jako malarz konstrukcyjny. Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Praca w zawodzie, własne pieniądze, stabilizacja, spokój, czyli to czego wtedy potrzebowałem. Jedyną moją zgryzotą była niepewność co do tego, jak radzi sobie mama, jednak w rozmowach nigdy się nie żaliła i patrzyła optymistycznie w przyszłość – taka już była jej natura.
Pierwsza praca dawała wiele satysfakcji. Z Częstochowy do Bielska-Białej przewoził nas autokar zakładowy. Wyruszaliśmy w poniedziałki rano, a wracaliśmy w soboty. Wraz z załogą mieszkałem w domu prywatnym, w którym panowała iście domowa atmosfera dzięki przyjacielskiemu i radosnemu nastawieniu gospodarzy, szczególnie pani Krystyny, czyniącej cuda w kuchni – za odpowiednią opłatą. Wszyscy czuliśmy się tam jak jedna wielka rodzina, a mnie samemu przysługiwały specjalne względy, zapewne jako potencjalnemu zięciowi. Otóż, pani Krystyna miała córkę Joasię, będącą w wieku, gdy dziewczęta coraz mocniej odczuwają potrzebę znalezienia lubego. W trakcie rozmów słyszałem, jakimi to zaletami dysponuję nie pijąc alkoholu, nie paląc papierosów i służąc jako ministrant do mszy na Jasnej Górze. Dawano mi do zrozumienia, że podstawowe kryteria kwalifikujące do zostania nowym członkiem rodziny zostały przeze mnie zaliczone. Ja jednakże nie przywiązywałem wówczas większej wagi do całej tej sprawy i nic poważnego z tego swatania nie wyszło. To jeszcze nie był mój czas.
Tygodnie przy budowie mijały, a ja mogłem pozwolić sobie na spełnienie swojego cichego marzenia – kupno pierwszego motoru. W tamtych czasach najbardziej pożądanym środkiem lokomocji, będącym w sferze marzeń większości chłopaków, był samochód. Ja natomiast zaplanowałem sobie, że kiedyś zamienię swój ukochany rower na jego ulepszony, bardziej zmechanizowany odpowiednik, by móc pokonywać długie trasy z nieszkodliwą dozą szaleństwa i czuć na skroniach wolność niesioną z wiatrem. Okazja trafiła się, gdy kawaler odwiedzający moją sąsiadkę, Małgosię (wspomnianą tu wcześniej w kontekście incydentu z wiatrówką) chciał pozbyć się swojego motoru. Tak oto zostałem posiadaczem skutera włoskiej produkcji Lambretta (dla niewtajemniczonych: skuter podobny do polskiej Osy). Marzenie zostało zrealizowane.
W dniu 18-tych urodzin spotkałem się z czwórką kompanów – Grześkiem, Maćkiem, Irkiem i Marianem. Nie zorganizowaliśmy hucznej imprezy, ale czas spędzony razem przywołuję w pamięci z przyjemnością. Tworzyliśmy paczkę, która rozumiała się pod każdym względem. Można powiedzieć, że byliśmy jak 5 palców jednej ręki. Ponieważ cała piątka miała już własne motory, postanowiliśmy zobaczyć polskie morze. Wyjazd był bardzo udany, ale w naszych głowach zrodził się pomysł, by następnym razem pojechać nad morze wspólnym samochodem. Po zebraniu odpowiednich funduszy, wybraliśmy się na giełdę samochodową w Chorzowie. Ponieważ przeważały wysłużone graty w cenach, które można by delikatnie określić jako wygórowane, poprzestaliśmy na Warszawie 223. Z tego nabytku byliśmy bardzo dumni. Przy najbliższej nadarzającej się sposobności, wyruszyliśmy na podbój tętniącej życiem plaży w Ustce. Eskapadę wspominalibyśmy wybornie, gdyby nie kłopot z naszą poczciwą Warszawą, która została zagrzebana w piasku.
Czas beztroski i zabawy w doborowym towarzystwie musiał się niestety skończyć. O prawdziwości powiedzenia „Wszystko, co dobre, szybko się kończy” prędzej czy później przekonuje się każdy. Zostałem powołany do odbycia służby wojskowej. Jak to mówią: „2 lata wycięte z życiorysu”. Horror dla niejednego młodego chłopaka, jeśli nie wszystkich, ale z drugiej strony, przemiana nieopierzonego młokosa w doświadczonego mężczyznę. Wcielono mnie do Kompanii Rozpoznania przy pułku Jednostki Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. W jednostce wojskowej miałem się stawić 27 października 1969r. Nie przypuszczałem, że początek nowego wyzwania okaże się tak okrutny i wcale nie będzie związany z zapoznaniem się z warunkami życia na służbie.
W dzień wyjazdu spotkałem się ze swoją sympatią Mirką, z moim bliskim przyjacielem Wiesławem i dwoma kolegami, Bronkiem i Grześkiem. Udaliśmy się do restauracji Astoria na pożegnalne piwo. Siedząc przy stoliku zapytałem Wiesława, który został powołany do jednostki wojskowej w Poznaniu, dlaczego jego dziewczyna nie przyszła na ostatnie przed odjazdem spotkanie. Odpowiedział wymijająco. Jego nietypowe zachowanie i mina zdradzały, że coś jest nie tak. Zwykle bardzo pogodny, radosny i rozgadany, w tym dniu był zamyślony i rzucał półsłówkami. Z restauracji poszliśmy na dworzec PKP, gdzie na jednym z peronów czekali na nas znajomi. Niestety, i tam nie było koleżanki Wiesława. Czas odjazdu zbliżał się nieuchronnie. Ciężko było się z tym pogodzić, ale wmawiałem sobie, że „to tylko 2 lata, będą urlopy, przepustki, jakoś to przetrzymamy i wrócimy do dawnego życia”. W najczarniejszych myślach nie domyślałem się tego, co niedługo nastąpi. W pociągu do Wrocławia spotkaliśmy jeszcze innych znajomych, którzy także jechali do swoich jednostek. Nie miałem okazji szczerze i spokojnie porozmawiać z Wiesławem. Spoglądając na niego byłem pewien, że coś go martwi. Na dworcu we Wrocławiu stawialiśmy zakłady, kto wróci do Częstochowy jako pierwszy. Wsiadając do pociągu, który miał mnie zawieźć do Zielonej Góry, nie przypuszczałem, że ostatni raz widzę Wiesława żywego.
Gdy dotarłem do swojej jednostki, wszystko przebiegało szybko i zgodnie z rutynowymi procedurami: strzyżenie na zero, kąpiel we wspólnej łaźni o temperaturze pozostawiającej wiele do życzenia, dobór munduru, wybór łoża na sali 10-cioosobowej, pierwsze rozprowadzenie pułkowe. A potem wezwano mnie na pierwsze spotkanie z prokuratorem wojskowym, na którym otrzymałem szokującą informację o śmierci mojego przyjaciela, Wiesława. Prokurator zawiadomił mnie, że Wiesław wypadł z pociągu w drodze do Poznania i uderzył głową o szynę ginąc na miejscu. Nietrudno sobie wyobrazić, co wtedy poczułem. Szok i niedowierzanie nie pozwoliły mi się uspokoić. Ponieważ nie znano przyczyn wyjaśniających jego śmierć, mogłem tylko się domyślać, czy Wiesław został przez kogoś wypchnięty, czy sam wyskoczył z pędzącego pociągu, czy paniczny strach przed służbą wojskową albo przejścia z narzeczoną mogły być powodem tak radykalnego kroku, czy w grę wchodziły też inne jego problemy, o których mi nie mówił. Śledztwo trwało, a przesłuchań u prokuratora miałem jeszcze kilka. Za każdym razem musiałem powtarzać to samo o przebiegu ostatniego spotkania z Wiesławem i o tym, co o nim wiem. Ani z rozmów telefonicznych, ani z listów, nie dowiedziałem się, o co w tym wszystkim chodzi.
Po tylu latach wciąż widzę zmienioną twarz mojego przyjaciela. Czasem nachodzi mnie myśl, że być może nie był on tak szczęśliwy, jak mi się wydawało, że w jego młodzieńczych latach brakowało beztroski, spokoju. Ciągła praca na roli, obowiązki i niejasna atmosfera w domu, w którym dzieci może nie zawsze traktowane były z należytą miłością – któraś z tych trosk mogła doprowadzić do desperacji. Teraz przypominam sobie, jak kilka razy mówił mi, że chciałby mieć taki dom, jaki miałem ja, że u niego jest inaczej. Wiesława uznawałem za bratnią duszę, niemal za brata, z którym mogłem porozmawiać na każdy temat. Wielki romantyk i miłośnik zwierząt, zaczytany w różnorakich książkach, zafascynowany ornitologią – o gatunkach ptaków mógł rozmawiać godzinami. Minęły długie, ciężkie miesiące zanim pogodziłem się ze świadomością, że nie ma go już wśród nas.
A w warunkach narzuconych przez wojsko trudno było dojść do równowagi po stracie Wiesława. Co prawda, zajęcia ze strzelania w szkole podoficerskiej w kompanii rozpoznania pozwalały na moment zapomnieć o najgorszym, ale trudy codziennej służby, szkolenia, wielogodzinne musztry, przygotowania do złożenia przysięgi wojskowej, czyli tzw. unitarka, dla każdego młodego żołnierza były wysiłkiem ponad miarę. W dniu ślubowania mogłem spotkać się ze swoimi rodzicami,
z którymi jeszcze raz poruszyłem temat śmierci kolegi. Okazało się, że zostałem oskarżony przez rodziców Wiesława o spowodowanie jego śmierci. Wtedy też nareszcie zrozumiałem, dlaczego byłem tak wiele razy przesłuchiwany. Jako podejrzany w sprawie, miałem z rozpędu powiedzieć coś niewłaściwego. W toku śledztwa ustalono, że w chwili śmierci Wiesława, znajdowałem się w innym pociągu i w żaden sposób nie przyczyniłem się do tej tragedii. Prawdziwych przyczyn do dziś nie wyjaśniono.
Po okresie 6 miesięcy, za dobre wyniki w strzelaniu z pistoletu maszynowego dostałem 7 dni urlopu, które zbiegły się z okresem świąt wielkanocnych. Tydzień spędzony z rodzicami, przyjaciółmi i znajomymi minął bardzo szybko. Nadszedł czas na powrót do woja, a tam czekały mnie przygotowania do wyjazdu całego pułku na poligon. Nagrodzony wyróżnieniem, zostałem dowódcą 4-osobowej drużyny zwiadowczej, w skład której wchodził jeszcze kierowca, mechanik i strzelec pokładowy. Oddano nam do dyspozycji wóz bojowy Berdeem, który w zasadzie nadawał się bardziej na złomowisko, niż do wojskowych zajęć. Kierowca i mechanik całymi dniami starali się doprowadzić go do stanu używalności. Nocami, postawieni w stan gotowości przez alarm, wyjeżdżaliśmy na poligon. Kolumna pojazdów wojskowych przeprawiała się wówczas przez most budowany przez żołnierzy na Wiśle w okolicach Torunia. Po przedostaniu się na poligon, rozbijaliśmy namioty. Cała akcja działa się pod osłoną nocy. Natomiast dni upływały nam na szkoleniach i wykładach. Jedynie krótka przerwa poobiednia dawała nam tak bardzo wyczekiwane chwile wytchnienia.
Jedyną atrakcją, która nas zainteresowała, był zalew znajdujący się nieopodal poligonu. Tyle, że wszelkich kąpieli zakazano. Ale można było poleżeć do góry brzuchem i zażyć trochę relaksu na pomoście, co też postanowiłem uczynić. Po kilku nieprzespanych nocach, sen zmógł mnie bardzo szybko. A zasnąłem iście kamiennym snem, bo gdy otworzyłem oczy, ujrzałem sanitariuszy. Nie leżałem już na pomoście, lecz w sali szpitalnej. Okazało się, że po zaśnięciu, w ramach niewybrednego żartu, zostałem zepchnięty z kładki przez kolegów. Kiedy jednak nie wynurzałem się przez dłuższy moment, wskoczyli mi na ratunek. Niełatwo było wyciągnąć mnie z wody, bo prąd zaniósł mnie daleko, a zalew w tym miejscu był bardzo głęboki. Na szczęście akcja zakończyła się pomyślnie, a ja zyskałem w oczach kolegów, gdyż na nich nie doniosłem zeznając, iż sam przez swoją nieroztropność spadłem z pomostu.
Minęły 2 wyczerpujące lata, a ja w tym czasie dostałem awans na starszego szeregowego, a następnie po udziale w różnorodnych zawodach, do stopnia kaprala. Wracając myślami do dawnego siebie i osoby, którą stałem się w trakcie służby, zdecydowanie mogę poświadczyć, że ogrom doświadczeń zdobytych w wojskowych szeregach zmienia człowieka dogłębnie i na zawsze. Staliśmy się zupełnie nowymi osobami z nowymi priorytetami, z radykalnie przetasowaną w hierarchią wartości. Inaczej patrzyliśmy na życie, zabawę, kumpli, a każdy z nas szukał już pewnej stabilizacji, a przede wszystkim miłości, która wiązałaby na całe życie. Mając na uwadze trudy i zgrzyty w związku moich rodziców, nie chciałem iść w ich ślady i niezbyt entuzjastycznie odnosiłem się do idei małżeństwa. Pragnąłem oddać swoje serce i los osobie, która pokocha mnie prawdziwą, romantyczną miłością, pełną pasji i namiętności. Choć w moim krótkim życiu pojawiło się wiele sympatii, które wydawały się sprostać moim oczekiwaniom, po każdej dłuższej znajomości odkrywałem, że to nie to, czego szukam.
Po odbytej służbie oddałem się pracy w Polsce, bądź na delegacji w Czechosłowacji. Zarobione pieniądze wystarczały na utrzymanie samochodu, prowadzenie godnego życia i wszelakie przyjemności. W pewnym momencie moja ukochana mama zachorowała i potrzebowała opieki medycznej, w tym serii zastrzyków. Zaczęła odwiedzać mamę pielęgniarka, która notabene, okazała się siostrą mojego nieżyjącego przyjaciela, Wiesława. Mama spędzała dużo czasu z Marylą, której życzliwość i troska sprawiły, że stała się ona osobą bliską jej sercu i odpowiednią kandydatką na przyszłą synową. Maryla była piękną, filigranową 18-letnią panienką i pewnie pasowałaby do roli żony. Miałem tylko jeden mały problem – nie było między nami chemii.
Pracując na 3 zmiany w przędzalni czesankowej Wełnopol, przywoziłem i odwoziłem pracowników do przędzalni, odległych od Częstochowy o kilkadziesiąt kilometrów. Wśród nich, znalazły się dziewczyny, z którymi świetnie się dogadywałem, jednak moje zainteresowanie skierowane było ku jednej, jedynej dziewczynie z pracowni chemicznej, Zenonie. Pracownia usytuowana była naprzeciw garaży naszej firmy. Ze względu na to, że Zenia pracowała blisko dużego okna, wychodzącego na garaże, mogłem ją często podziwiać przy pracy i przyglądać się, jak ze skupieniem wykonuje swoje doświadczenia chemiczne. Jej gesty jak i nasze spotykające się spojrzenia i dużo mówiące uśmiechy, uświadomiły nam, że nie jesteśmy sobie obojętni. Postanowiłem poznać ją bliżej przy pierwszej, nadarzającej się okazji. Okazało się, że Zenia miała córeczkę ze związku z chłopakiem, który okazał się draniem. Narzeczeni zerwali ze sobą tuż przed planowanym ślubem. Nasze spotkania miały miejsce w klubie zakładowym, w którym to młodzi po pracy spędzali czas przy herbacie, ciastku, a nawet i tańcu. Mogliśmy się widywać w dni robocze, podczas gdy soboty i niedziele Zenia poświęcała swojej córeczce. Ja w tym czasie wykorzystywałem wolne chwile na naukę i próby jazdy w częstochowskim Włókniarzu. Zawodowiec Marek Cieślak, obecny selekcjoner żużlowców, był dla mnie wzorem do naśladowania w swoich potyczkach na torze. Ja sam dawałem sobie jakoś radę podczas próbnych rajdów, ponieważ w swojej przygodzie z jednośladami miałem do czynienia z motorami przeróżnych marek. Jazda na torze nie jest sportem wyjątkowo niebezpiecznym, niemniej jednak moje zezowate szczęście szybko tę prawdę zweryfikowało. Gdy mój pokaz jazdy po raz pierwszy przyszli zobaczyć krytycznie nastawieni rodzice, traf chciał, że akurat wtedy przydarzył mi się lekki, acz groźnie wyglądający, wypadek. Na nic zdały się tłumaczenia. Wzburzenie i stanowczość rodziców zmusiły mnie do porzucenia spektakularnego hobby.
W międzyczasie, zbliżała się studniówka Maryli, na którą zostałem przez nią zaproszony jako osoba towarzysząca. Nie bardzo miałem ochotę pójść, nie marzyło mi się zacieśnianie relacji z Marylą, ale po namowie mamy, choć opornie, zgodziłem się. Studniówka odbyła się w sali gimnastycznej w liceum pielęgniarstwa. Odświętne stroje, na które składały się białe bluzki i granatowe lub czarne spódnice u pań, oraz białe koszule i ciemne garnitury u panów, nadawały gali uroczystego charakteru i stwarzały atmosferę wzniosłości. Zespół instrumentalny dbał o to, by pary na parkiecie tańczyły w takt aktualnych muzycznych przebojów. Powiedzenie „jak w tańcu, tak i w życiu” doskonale, jak się wkrótce okazało, odnosiło się do Maryli i do mnie. Może to dlatego, że nie byłem wtedy królem parkietu. We wspólnych tańcach układało się nam wyjątkowo źle. Mimo to sam bal uważam za udany. Tak jak przypuszczałem, pociągnął on za sobą kolejne spotkania z Marylą. Wspólne wyjścia często miały miejsce tylko w niedziele, z racji pilnych przygotowań do nadchodzącej matury. Natomiast w pracy czekała na mnie Zenia, jakżeż inna, niż Maryla.
W towarzystwie Zeni czułem się wyśmienicie, lecz traktowałem ją tylko jako dobrą koleżankę. Zenia zawsze była radosna i pełna energii, uśmiech nie schodził jej z twarzy, pomimo kłopotów i trosk życia codziennego, które na każdym kroku czyhają na samotną matkę. Byłem dla Zeni powiernikiem jej tajemnic, zwierzała mi się ze wszystkich swoich trudności, związanych z wychowywaniem córeczki. Jej były partner często odwiedzał swoją niedoszłą rodzinę, przynosząc rozliczne prezenty i słodycze, co miało przekonać do niego ich małą Madzię. Zenia natomiast nie była w stanie wybaczyć mu zdrad
i kłamstw. Choć silna i waleczna jako matka, jednocześnie wydawała się tak krucha i delikatna w usposobieniu.
Dwie kobiety, dwa problemy, a ja pośrodku tego ambarasu. Pewnego razu Maryla zaprosiła mnie do swojego domu na rodzinne przyjęcie. Uprzedzałem ją, że jej mama może być niezadowolona z mojej obecności, jako że wciąż winiła mnie za śmierć swojego syna. Niemniej jednak uważałem, że warto się tam pojawić i raz na zawsze wyjaśnić tę trudną mnie od dawna kwestię. Na miejscu długo rozmawialiśmy. W moim odczuciu nie była to udana wizyta i nie do końca wierzyłem, że potrafię wyperswadować mamie Wiesława jej krzywdzące wobec mnie zarzuty, ale Maryla twierdziła, że pierwsze lody zostały już przełamane i mama niebawem przekona się, iż z rozpaczy po śmierci ukochanego dziecka latami tkwiła w wielkim błędzie.
Wkrótce Maryla zdała maturę i dostała pierwszą pracę, w szpitalu na oddziale wewnętrznym. Oboje wiedliśmy ustabilizowane życie, można było poważnie pomyśleć o połączeniu naszych losów węzłem małżeńskim. Jednak następna wiadomość, przyznam szczerze, zmroziła mnie do cna. Maryla zaszła w ciążę. A to oznaczało szybki ślub cywilny, w następstwie ślub kościelny. Na tak dynamiczny rozwój sytuacji nie byłem jeszcze przygotowany. W pracy nie podzieliłem się z nikim zaskakującą wieścią. Po pogrzebie kolegi, który zginął w wypadku samochodowym, cała moja paczka spotkała się w klubie zakładowym przy lampce wina, gdzie wspominaliśmy naszego zmarłego kompana. Wtedy też wszyscy usłyszeli o moich planach. Poinformowałem ich, że za kilka godzin odbędą się moje zaręczyny z Marylą. Niedowierzanie i zdziwione miny moich znajomych dały mi do myślenia. Prosili mnie, abym jeszcze raz nad wszystkim się zastanowił, bo być może źle robię żeniąc się
z Marylą. Nie akceptowali jej. Ponieważ w klubie były dwa pomieszczenia, Zenia poprosiła mnie o chwilę rozmowy w drugim pokoju. Gdy zostaliśmy sami, drzwi do pomieszczenia od zewnętrznej strony zostały zamknięte na skobelek. Zrobiono to celowo, by uniemożliwić mi wyjście z klubu i udanie się do domu Maryli na ustalone zaręczyny. Zenia natomiast wyznała mi, że miała inne plany w stosunku do mnie. W jej oczach ujrzałem rozdzierający smutek i rozżalenie. Nasza bolesna rozmowa trwała bardzo długo. Wypuszczono nas dopiero wieczorem, ale nie myślałem wtedy o przyjęciu zaręczynowym. Po głowie kłębiły się myśli, w których wciąż powracało zgnębione, nieszczęśliwe spojrzenie Zeni.
Do domu wróciłem dosyć późno. Zastałem pijanego tatę i wściekłą mamę. Po namowie, mimo później pory, zgodziła się pójść ze mną do Maryli. Zaręczyny wyglądały typowo, choć z nietęgimi minami – pierścionek, kwiaty dla Maryli i jej mamy, tradycyjne pytanie, czy zostanie moją żoną. Tak bardzo chciałem, żeby odpowiedź była przecząca. Przecież ciąża, którą niedawno miała zamiar usunąć, stanowiła jedynie pretekst, przecież ja jej nie kochałem.
Ślub cywilny miał miejsce w Mykanowie. Cieszyłem się ogromnie z przyjazdu autokaru obładowanego moimi koleżankami i kolegami z pracy, wśród których była też Zenia. Całą ferajnę zaprosiłem do siebie, gdzie świętowaliśmy przy szampanie i cieście weselnym wyłożonych na pięknie przystrojonych stołach ustawionych na dworze pod drzewami. Panowała bardzo swojska, rodzinna atmosfera. Wtedy mój kierownik z pracy poprosił mnie o krótką rozmowę, podczas której złożył mi życzenia na nową drogę życia, dodając przy tym, że będziemy musieli się dużo natrudzić, by to małżeństwo uczynić szczęśliwym, bo Maryla nie jest odpowiednią dla mnie partnerką. Cokolwiek to oznaczało.
Kolejna uroczystość – ślub kościelny – odbyła się w kaplicy św. Józefa na Jasnej Górze. Nad przebiegiem ceremonii czuwali ojcowie paulini, a zespół muzyczny wygrywał patetyczne kompozycje. Kaplica po brzegi wypełniona była rodziną i znajomymi. I w tym gronie, w pierwszej ławce, znalazła się też Zenia z córką Madzią. Nie było to właściwe z mojej strony, ale w tamtej chwili błagałem los, aby ślub ten okazał się tylko snem, a po przebudzeniu wszystko wróciło do dawnej normalności. Wmawiałem sobie, że po urodzeniu dziecka poczujemy się lepiej, że wszystko zależy ode mnie i mojej żony, że możemy razem stworzyć szczęśliwą parę. Ale nie dodawało to otuchy. Uroczysta msza w końcu dobiegła końca. Za każdym razem, gdy wzrok swój dyskretnie kierowałem na Zenię, widziałem jak łzy spływają jej po policzkach. Ten widok na zawsze pozostanie w mej pamięci.
Ledwo zostaliśmy świeżo poślubionymi małżonkami, Maryla zafundowała mi pierwszą sprzeczkę. Musiałem zwolnić się z pracy i zerwać wszelkie relacje ze znajomymi, za którymi, z wzajemnością, nie przepadała. Zakaz dotyczył przede wszystkim kontaktów z Zenią. Kierownik poprosił Marylę o trochę czasu na znalezienie na moje miejsce osoby z uprawnieniami do przewozu osób. Żona, chociaż niechętnie, przystała na tę prośbę.
Dzień urodzin naszej córki zbliżał się wielkimi krokami. Termin wyznaczono na początek marca. Mieliśmy już wszystko zapięte na ostatni guzik. Ubranka, pieluszki tetrowe, solidna kołyska zrobiona przez zakładowych stolarzy czekały już na narodziny małej Małgosi. Miesiąc luty przyniósł dużo mrozu i śnieżnych zasp. Wtedy dostałem ciekawą propozycję od kierownika. W zamian za kilka dni wolnego po porodzie, miałem zawieźć do Olsztyna silniki samochodowe, przeznaczone do naprawy, a na drogę powrotną zabrać ze sobą opony. Ochoczo na to przystałem i wraz z kolegą wyruszyliśmy do Olsztyna swoją nysą. Już w okolicach Łodzi inni kierowcy dawali znaki, żeby nie jechać dalej ze względu na szalejącą śnieżycę. Wydawało nam się, że podróżując małym samochodem będziemy w stanie pokonać zaspy. Oczywiście, myliliśmy się. Udało nam się dotrzeć do miejscowości Kowale za Łodzią i na tym koniec. Dwa potężne pługi z wielkim trudem odgarniały rosnące warstwy śniegu. Pierwszą noc spędziliśmy w domku pewnej gospodyni, mieszkającej z córką. Gorąca herbata, placki ziemniaczane ze śmietaną i nocleg przy węglowym piecu sprawiły, że nie mieliśmy ochoty stamtąd odchodzić. Ranek przywitał nas mrozem, ale i promieniami słońca, opady śniegu na chwilę ustały. Ponad wyżłobione śniegowe tunele można było zobaczyć tylko dachy samochodów ciężarowych. Naszej nysy w ogóle nie było widać. W trakcie jazdy znowu dopadła nas zima stulecia, która sprowadziła na nas tak ogromne zaspy, że na cały tydzień utkwiliśmy w pobliskiej cukrowni, gdzie wraz z nami na zbawienne zmiany w pogodzie czekało kilkanaście innych przejezdnych. Aby móc zadzwonić do domu i wszystko wyjaśnić, zmuszony byłem obierać ziemniaki dla całej ekipy kierowców. Wraz z nami uwięziona została wesoła grupka Anglików i pewna para, która w połowie tygodnia zaserwowała nam autentyczną akcję porodową, zakończoną zresztą sukcesem. Ze wzruszeniem przyglądałem się temu wydarzeniu, wszak niedługo sam miałem zostać ojcem. Gdy pomoc dotarła wreszcie do naszego azylu, mogliśmy spokojnie wrócić do Częstochowy. Czytelnikowi oszczędzę opisów, jak wyglądaliśmy po spędzeniu całego tygodnia w prawdziwie spartańskich warunkach.

autor: Ireneusz