dscn01135

Z mojego punktu widzenia cz.2

link do cz.1: http://www.dziennikarzobywatelski.pl/historia-zyciem-pisana/z-mojego-punktu-widzenia-cz-1/

Pierwszego dnia marca Małgosia zdecydowała się przyjść na świat. Czym prędzej zawiozłem żonę do szpitala w Blachowni. Niestety, czekały na mnie obowiązki w pracy i przewóz pracowników z i na zmianę, więc nerwowa noc upłynęła mi w Działoszynie. O godzinie 8 otrzymałem przez telefon wspaniałą wiadomość. Moja córka Małgosia już się urodziła, a poród przebiegł bez komplikacji. Gdy tylko skończyłem pracę, pognałem po bukiet czerwonych róż i pojechałem odwiedzić moje kobiety. Na miejscu ze łzami w oczach patrzyłem przez szybę na moją maleńką córeczkę. Siostry położne twierdziły, że Małgosia to wykapany tata, lecz ja nie widziałem żadnego podobieństwa. Bo cóż można dostrzec w tak drobniutkim szkrabku? Po trzech dniach wróciliśmy całą trójką do domu. I wtedy zaczęły się schody. Zaraz po ślubie zamieszkaliśmy w domu mojej żony mając do dyspozycji własny pokój. Kuchnia i łazienka dzielona była z teściową i jej starszą córką, Barbarą. Zatem o prywatności nie było mowy. Jednakże, miałem nadzieję, że to, co wiąże się z wychowywaniem dziecka będzie sprawą małżonków i niczyją inną. Czas pokazał, jak bardzo się myliłem. Już pierwszego dnia po przyjeździe ze szpitala cały sztab ekspertów stał nad wanienką z dzieckiem i rozprawiał na temat metod kąpieli. Co prawda, nie posiadałem doświadczenia co do zajmowania się dziećmi, ale masa przeczytanych książek i czasopism dotyczących wychowywania dzieci jak i ojcowska intuicja na pewno pomogłoby mi uporać się z tą, jakże skomplikowaną kwestią. Mimo to, sztab nie dopuścił mnie do Małgosi, bo według powszechnej opinii mężczyzna jako duże dziecko potrafił co najwyżej pobawić się z dzieckiem, a codzienna opieka i pielęgnacja leżała w gestii matki. Na nic zdało się też zwracanie uwagi na rozgrzany do czerwoności i bliski wybuchu piec, przez który w pomieszczeniach było tak okropnie ciepło, że mogło to narazić zdrowie Małgosi, swoją drogą, sypiającej dodatkowo w tradycyjnych, puchowych betach. Na szczęście, moja córka rosła jak na drożdżach i bez poważnych powikłań.
Po jakimś czasie, Maryla została przyjęta do ośrodka zdrowia w Lubojnie w charakterze pielęgniarki środowiskowej. Dzięki tej fusze miała mniej spraw na głowie, co umożliwiło jej poświęcanie większej części dnia dziecku. Ja natomiast po zwolnieniu z pracy wyjechałem do Czechosłowacji i tam zarabiałem na dom, pracując w dobrze prosperującej mleczarni. Decyzja o wyjeździe była bardzo bolesna, ale konieczna, bowiem planowaliśmy zakup działki pod budowę wyśnionego domu. Rozłąkę z córeczką znosiłem dzięki przekonaniu, iż wszystko robię z myślą o jej wygodzie i przyszłości.
Po dwóch latach mozolnej pracy, wreszcie mogliśmy pozwolić sobie na zakup działki w miejscowości Wierzchowisko. Ponieważ do działki dołączyliśmy półtora hektara pola rolnego, z dnia na dzień stałem się „małorolnym”. Od razu zacząłem działać. Na terenie działki wybudowałem altankę z pustaków, potrzebną do przetrzymywania narzędzi i materiałów przydatnych w budowie domu. Działkę odpowiednio ogrodziłem. Postarałem się o dostęp do wody i prądu. Zaprojektowałem nasz przyszły dom samodzielnie, korzystając przy tym z przeróżnych planów domków jednorodzinnych, jakie tylko wpadły mi w ręce. Rozpocząłem także pracę w kombinacie budowlanym, mając na uwadze łatwiejszy dostęp do materiałów budowlanych. Tak mijały kolejne dni wypełnione robotą, załatwianiem różnych spraw i kombinowaniem. Momenty te wspominam z radością, tym bardziej, że Maryla była wówczas w drugiej ciąży.
Będąc w posiadaniu półtora hektara pola, nie mogliśmy dopuścić do tego, by tak długi pas ziemi leżał odłogiem. Tak oto zaczęły się moje pierwsze zmagania z rolnictwem. W urzędzie gminnym dowiedziałem się od geodetki, pani Ani, że najlepiej będzie, jeśli swoje pole obsieję rzepakiem. Tak też uczyniłem. Po zaoraniu pola i obsypaniu go nawozem zasialiśmy cenny rzepak. A potem pozostało nam cierpliwie czekać na efekty, zgodnie z przysłowiem „Rolnik śpi, a w polu mu rośnie”. Pani Ania doradziła nam, iż w razie gdyby rzepak podczas zimy przemarzł, po przeoraniu może zostać wykorzystany jako tzw. poplon. Wiosną pani agronom uznała, że rzepak nadaje się na żniwa. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że razem z rzepakiem rośnie sobie dumnie pszenżyto. Winę za to ponosił poprzedni właściciel ziemi, który nie do końca zebrał to, co wcześniej zasiał. Gdy nadszedł czas żniw, zamówiłem kombajn, który wszystko zebrał. Następnie postarałem się o wypożyczenie odpowiedniej maszyny, za pomocą której przesialiśmy nasze plony. Kiedy rzepak i pszenżyto leżały już rozdzielone na dwóch osobnych foliach, jak na złość rozpętała się ulewa i nasze zbiory zamokły bez reszty. Czekając na ich wyschnięcie postanowiliśmy, że pszenżyto przeznaczymy na pokarm dla zwierząt, a rzepak sprzedamy w punkcie skupu rzepaku, co przyniosłoby trochę dochodu. Zadowolony zapakowałem rzepak na przyczepę i pojechałem do Warszawy, aby go dobrze sprzedać. Tam zostałem delikatnie wyśmiany przez pracowników punktu skupu, którzy z nutką ironii uświadomili mi, że mała przyczepka rzepaku nie jest w stanie ich zainteresować, a rozmowy z klientami zaczynają od trzech ton w górę. Ponieważ nie mogłem się pochwalić nawet jedną dziesiątą wyznaczonego minimum, zmuszony byłem wracać z pełną przyczepą. Obładowany wóz nie był mi na rękę, jako że wcześniej uzgodniłem z żoną, iż zaraz po pomyślnej sprzedaży rzepaku, pojadę prosto do szpitala, do którego żona zgłosiła się z bolącym zastrzałem na palcu. Przed szpitalem zostałem na chwilę zatrzymany przez policjanta, któremu pokrótce wyjaśniłem cel mojej wizyty i powód przywleczenia ze sobą sterty rzepaku. Gdy wróciłem z żoną i jej opatrzonym palcem do domu, przeniosłem odrzucony towar do komórki. To było fatalne posunięcie, gdyż wkrótce po nieszczęsnym rzepaku zostały marne resztki, obgryzione i zniszczone przez plagę myszy. Tak wyglądał finał moich pierwszych prób zapoznawania się z tajnikami sztuki agrarnej.
Jest sobota, poród już blisko. Dowiedziawszy się przez telefon, że dyżur odbywa się w szpitalu przy ul. Kordeckiego, natychmiast wsiedliśmy do samochodu i pojechali, roztrzęsieni i pełni lęku. W głowie błąkała się tylko jedna myśl, by poród przebiegł pomyślnie, a Bartek urodził się cały i zdrowy. Nie przespawszy całej nocy, nad ranem dostałem wiadomość, że żona i syn czują się dobrze. Emocje sięgnęły zenitu. Natychmiast odwiedziłem rodziców, by pochwalić się wspaniałą wieścią, a potem cały w skowronkach udałem się do moich skarbów. Szpital zastałem w generalnym remoncie, z rusztowaniami porozstawianymi wokół całego skrzydła budynku. Ponieważ dobrze wiedziałem, w którym pokoju leży moja żona, niewiele myśląc wskoczyłem w garniturze na rusztowanie i przy aplauzie gapiów wszedłem na drugie piętro szpitala, docierając do właściwego okna.
Po przyjeździe do domu, Bartek był bardzo głośny i kapryśny. Wizyta doktora niewiele pomogła. Na ratunek przybyły zaprzyjaźnione sąsiadki, które wychowały niejedno pokolenie. Kobiety oceniły, że żona może mieć za mało pokarmu i syn jest po prostu głodny. Okazało się to prawdą i po wypiciu odpowiedniej porcji Bebika, Bartuś spał jak suseł.
Stworzony przeze mnie projekt naszego domu można już było wprowadzić w życie. W owych czasach, osoby, które zamierzały wybudować sobie własne cztery ściany na każdym kroku napotykały na spore trudności. Nawet i sam projekt ograniczany był przez szereg wymogów, narzuconych przez gminę. Ja natomiast zaprojektowałem swój przyszły dom mając na uwadze funkcjonalność i komfort rodziny. Swojemu nowemu zadaniu poświęcałem zimowe wieczory. Powstawały zatem różnorakie projekty, wśród których w końcowej fazie tworzenia wyłonił się szkic doskonały, zaakceptowany przez całą rodzinę. Mogłem już udać się do urzędu gminy i załatwić wszelkie formalności. Ale nie doczekałem się zgody urzędnika, uprawniającej do rozpoczęcia budowy. Po obejrzeniu projektu był, co prawda, urzeczony jego poziomem, jak i zaskoczony faktem, iż wyszedł on spod ręki amatora, niemniej jednak, projekt wylądował w szufladzie, gdzie musiał czekać na lepsze czasy, w tym – na lepsze przepisy. Maryla wydawała się zbytnio nie przejmować rzucanymi nam pod nogi kłodami, jak gdyby budowa domu nie była jej marzeniem. Często mówiła o wyjeździe z Polski do Francji lub Hiszpanii. Już za czasów, gdy dopiero się poznawaliśmy, dało się wyczuć u Maryli pewnego rodzaju tęsknotę za czymś nowym i nieznanym. Temat powracał coraz częściej, jednak nigdy nie traktowałem tego poważnie. Nie przypuszczałem, że właśnie toto może być jej wielkim marzeniem. Tymczasem skomplikowana sytuacja polityczna w Polsce utrudniająca życie, znaczne braki w zaopatrzeniu, męczący system kartek na żywność i próby przechytrzenia machiny państwowej sprawiały, że Maryla stawała się coraz bardziej stanowcza w swoich planach wyjazdu za granicę. Zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, czy nie jest to najlepsze rozwiązanie. Kilka nieprzespanych nocy, wątpliwości co do tego, jak poradzimy sobie w obcym kraju, mając małe dzieci i nie znając języków, możliwe wizje odnośnie tego, co złego może nas tam czekać, rozmowy z osobami, których najbliżsi już wyjechali – to wszystko wpłynęło na decyzję o pozostaniu w Polsce. Choć zdawałem sobie sprawę z tego, że nie do końca przekonałem Marylę do swoich racji, wierzyłem, że życie w Polsce się znormalizuje, a my poradzimy sobie z przeciwnościami, mając już podstawy ku temu, by dalej się rozwijać, takie jak własna działka, stałe prace, czy wsparcie naszych rodzin. W głębi duszy marzyłem, że uda mi się wybudować piękny dom dla moich bliskich i będziemy jak w bajce żyć razem szczęśliwie. Ale z perspektywy czasu myślę, że to nie było marzenie mojej żony. Być może, gdybym wówczas podjął ryzyko i spełnił wolę Maryli, która mimo wszystko pragnęła wyjechać z Polski, nasze losy potoczyłyby się inaczej…
dsc_0083W każdym razie żyliśmy dostatnio i bez większych zawirowań losu. Oboje byliśmy zadowoleni ze swoich zajęć, a w opiece nad dziećmi pomagała nam mama Maryli. Dzieci rosły szczęśliwe i zadbane, aż cieszyły oko. Pracując w kombinacie 6 dni w tygodniu, w niedzielę jeździłem do lasów gminy Mykanów i Kruszyny na cotygodniowe polowania z kolegami z klubu łowieckiego. Była to grupa zapaleńców, która godzinami potrafiła biegać za zwierzyną ze strzelbami w dłoniach i psami przy nogach. Najczęściej były to mało owocne akcje, a i nierzadko trafialiśmy co najwyżej w drzewo. Po każdym polowaniu kierowaliśmy się do pobliskiej restauracji na gorący bigos i herbatę. Tam z kolei snuto różnobarwne opowieści o nadzwyczaj ekscytujących polowaniach i stosach upolowanej zwierzyny. Wystarczy pojechać na wyprawę do lasu, żeby się przekonać, jak jest naprawdę z tą kolejką zwierząt, zabiegających o odstrzał.
W międzyczasie, do stojącej już altanki dobudowałem pomieszczenie na kuchnię, a z drugiej strony zadaszenie na samochód. Cały obiekt pokryłem dachem dwuspadowym. Wreszcie znalazło się miejsce, w którym można było się przespać i przygotować posiłki, choć bez urzędniczego zezwolenia. Następnie postawiłem dwa tunele foliowe, które w przyszłości miały być pokryte szkłem. W tym samym okresie, w urzędzie gminy w Mykanowie nastąpiły duże zmiany. Odnowiony zarząd prezentował zupełnie inne podejście do wielu spraw i tok myślenia przychylny mieszkańcom. Mój projekt domu z małymi poprawkami wreszcie został zaakceptowany i zatwierdzony przez nowego urzędnika.
Z pierwszymi promykami nadciągającej wiosny, dosięgły mnie nowe wyzwania, ale i nowe ciekawe przeżycia. W planach mieliśmy urządzenie ogródka warzywnego, posadzenie ziemniaków oraz zasianie owsa, przeznaczonego na paszę dla ewentualnego zwierzyńca. Pole odpowiednio zaoraliśmy, obsypaliśmy nawozem oraz podzieliliśmy na części. Umówiłem się z pewnym rolnikiem, że dostarczy mi odpowiednią ilość ziemniaków, w gwarze określanych jako „sadzenioki” i posadzi je
w wyznaczonej części pola. Choć ów rolnik obiecał, że usługę wykona w krótkim czasie, minęły 2 tygodnie od naszej rozmowy. Pojechałem więc do innego rolnika, któremu zleciłem obsianie części pola owsem z zastrzeżeniem, iż usługa zrealizowana ma być w ciągu dwóch dni. Ponieważ pracowałem przez cały dzień, nie miałem możliwości sprawdzić, czy usługa została wykonana prawidłowo. Wieczorem okazało się, że pierwszy z rolników rankiem posadził na polu ziemniaki, a po południu drugi zasiał owies na wyznaczonym wcześniej ogródku warzywnym i na posadzonych rano ziemniakach.
W końcu ruszyły prace przy budowie domu. W wolnych chwilach wytyczyłem teren i zrobiłem wykopy pod fundamenty, oparte na ławach. Okrojony czas na sen i odpoczynek oraz multum spraw na głowie sprawiały, że nie miałem już sił na powrót do domu, do swoich dzieciaków. Chciałem za wszelką cenę udowodnić sobie, a przede wszystkim Maryli, że decyzja o pozostaniu w kraju była słuszna, bo w skrytości ducha czułem, że nie zdołałem przekonać jej do swojego poglądu, a odrzucenie możliwości wyjazdu do pewnego stopnia ją rozczarowało. Zapewne dlatego też nie potrafiła cieszyć się z tego, co sprawiało radość mnie, a moje starania nie do końca ją obchodziły. Trudności w codziennym życiu próbowałem jakoś załagodzić. Z duszą na ramieniu jeździłem na zakupy do Czechosłowacji i przywoziłem żywność i ubrania, żeby moim bliskim niczego nie brakowało. Nie widziałem jednak, by którekolwiek z moich poczynań w pełni zadowoliło Marylę. Jedyną przyjazną osobą, której mogłem pochwalić się swoimi małymi sukcesami, była moja mama. Tatę jakoś niespecjalnie interesowało czy i jak sobie radzę.
Postanowiłem wybudować na działce dodatkowe dwie konstrukcje. Tam też posadziłem pomidory i ogórki, które przekształciły się w tak urodziwe okazy, że trzeba było pomyśleć o ich sprzedaży. W tym celu zdecydowaliśmy się na kupno transportera, którym zawozilibyśmy swoje zbiory. W Polsce,
a dokładniej w Tychach, produkowano syreny Bosto. O taki właśnie sprzęt mi chodziło. Po szybkim załatwieniu formalności odebraliśmy maszynę i po pierwszym większym zbiorze pojechaliśmy na targ. Nasze pomidory i ogórki zniknęły w mgnieniu oka. Tak zaczęła się niemal codzienna jazda syreną od Zabrza do Bytomia, aż do końca sezonu. Za zarobione pieniądze gromadziliśmy materiały budowlane.
Czas biegł nad podziw szybko i zanim się obejrzałem, przyszedł wrzesień. Moja córeczka miała rozpocząć naukę w szkole w Wierzchowisku. Na zebraniu rodzicielskim zostałem wcielony do tzw. „trójki klasowej”, a podczas spotkania całego szkolnego zbiorowiska wybrano mnie na przewodniczącego komitetu rodzicielskiego, co automatycznie wiązało się z dodatkowymi obowiązkami na rzecz szkoły. Toteż Maryla postanowiła odciążyć mnie w obowiązkach i uzyskać uprawnienia do prowadzenia samochodów. W tym celu zaczęła z zapałem uczęszczać na zajęcia w szkole nauki jazdy. Ja przez okres jesienno-zimowy pracowałem u sąsiada przy usługach galwanizacji. Pracę otrzymałem w ramach przyjaźni międzysąsiedzkiej.
Zbliżająca się wiosna przyniosła mi nowe wyzwania i powinności. Natomiast żona z dziećmi i sąsiedzi planowali wspólne wakacje. W grę wchodziło polskie morze. Wybraliśmy się więc do Sopotu. Tam postanowiliśmy pojechać do znajomych, którzy od kilku lat zatrzymują się u nas w ramach pielgrzymki do Częstochowy. Po przyjeździe okazało się, że znajomi robią generalny remont mieszkania, co zmusiło nas do zajęcia drewnianego domku na działce ogrodniczej, a to wiązało się z brakiem wygód sanitarnych. Po dwóch tygodniach urlopu wróciliśmy do domu. Nie obyło się bez niemiłej niespodzianki. Podczas naszej nieobecności, moja mama pilnowała naszej zagrody. Na nieszczęście, w nocy dwa psy sąsiada przedostały się na nasze podwórko. W efekcie, straciliśmy kury i część królików, a te, które przetrwały atak, posiliły się sadzonkami chryzantem. Właściciel psów zobowiązał się pokryć część szkód.
Nasze relacje z sąsiadami mocno się zacieśniły, dzięki czemu imprezę sylwestrową i dwie zabawy karnawałowe spędziliśmy razem w szampańskich humorach. Niemniej jednak, wspólne chwile z sąsiadami sprawiły, że Maryla i nasz sąsiad, Edward, bardzo przypadli sobie do gustu, na co niekoniecznie patrzyłem przychylnym okiem.
Kolejne rodzinne wakacje zaplanowaliśmy w Bułgarii. Pierwszy przelot samolotem wzbudził wielki zachwyt u naszych pociech. Zatrzymaliśmy się w domku z widokiem na złotą plażę i przepiękne morze. Obraz ten zapierał dech w piersiach. Cisza i spokój, słoneczna aura, śmiech szczęśliwych dzieci sprawiły, że na moment oderwaliśmy się od codzienności i problemów. Byliśmy wtedy naprawdę blisko jako rodzina.
Koniec wakacji oznaczał podwojenie energii pożytkowanej na przygotowanie wyprawki do szkoły. Razem z Małgosią, uczęszczającą do klasy 4, swoją przygodę ze szkołą rozpoczął Bartek. A ja ponownie zostałem obwołany przewodniczącym szkolnej rady. Wiązało się to z dzieleniem czasu między życie rodzinne, a sprawy szkoły, które obejmowały nadzór nad szkolnymi remontami, budowę Domu Ludowego w Wierzchowisku, czy organizowanie imprez szkolnych typu Sylwester, Dzień Matki i wiele innych. Współpraca z nowym dyrektorem układała się perfekcyjnie. Był to człowiek młody, wytworny, otwarty na różnorakie propozycje i skory do pracy z dziećmi
i rodzicami. Zorganizowany wspólnymi siłami festyn przyniósł nam wiele satysfakcji, a co ważniejsze, funduszy potrzebnych do renowacji. Zacząłem wówczas myśleć nad samochodem ciężarowym, bardzo przydatnym w transporcie materiałów budowlanych. Taki wóz przysłużyłby się zarówno mnie w moich zmaganiach z budową domu, jak i szkole, w pracach remontowych. I wtedy los się do mnie uśmiechnął. Szczęśliwie udało mi się zamienić swoją starą, wysłużoną syrenę na samochód ciężarowy marki Star, który przeszedł kapitalny remont. Mogliśmy z dyrektorem rozpocząć renowację szkoły.
Wydawałoby się, że wiele rzeczy powoli się układa. Dzieciaki były szkolnymi prymusami, praca w ośrodku zdrowia przynosiła żonie mnóstwo satysfakcji, ja również byłem zadowolony ze swojego zajęcia. W domu w zasadzie mieliśmy wszystko, co potrzebne było przeciętnej rodzinie do prowadzenia godnego życia. Ale w przypadku mojej żony, wyczuwałem, że czegoś jej brakuje, że coś się kryje za jej bezustannym chodzeniem z muchami w nosie. Nie wiedliśmy nudnego życia. Często wychodziliśmy razem na różne przyjęcia i dancingi, wielokrotnie jeździliśmy na wycieczki, podtrzymywaliśmy relacje z przyjaciółmi. Można by rzec, że nie żyliśmy tylko pracą i domem, bo mieliśmy czas i pieniądze na różnego rodzaju wyjścia i rozrywki. A jednak coś było nie tak.
Małgosia w końcu ukończyła szkołę podstawową i złożyła dokumenty do częstochowskiego liceum ogólnokształcącego o profilu sportowym. Po skończeniu liceum zamierzała walczyć o miejsce w Akademii Policyjnej w Szczytnie. Najpierw jednak czekała ją walka o przyjęcie do liceum i test sprawności fizycznej w czterech konkurencjach: skoku w dal, rzucie piłką lekarską, biegu na 60m i 200m, a potem wiedzą w egzaminie z języka polskiego oraz matematyki. Wszystkie testy i egzaminy zostały przez nią zaliczone bardzo dobrze, co skutkowało przyjęciem do pierwszej klasy. Bartek również był naszym wielkim powodem do dumy. W szkole podstawowej uczył się wzorowo, o czym świadczyły świadectwa z czerwonym paskiem. Co więcej, mój syn wykazywał ogromne zdolności recytatorskie i aktorskie, z sukcesem występując w rozmaitych przedstawieniach szkolnych i konkursach. Miał już na koncie wygrany konkurs recytatorski w Częstochowie, a wyjazd do Piotrkowa Trybunalskiego na konkurs ogólnopolski zaowocował zdobyciem drugiego miejsca na podium (zaraz za córką burmistrza Piotrkowa). Jego kariera nabierała rozpędu. Profesjonalnie modulowany głos Bartka użyty został do wyczytywania reklam w radiu Fon. Następnie, mój mały aktor zagrał w przedstawieniu teatralnym „Rasmus i włóczęga” w tytułowej i głównej roli 9-letniego Rasmusa pochodzącego z domu dziecka, a potem w sztuce „Czekając na Godota”. Comiesięczne przedstawienia dawały mu wiele frajdy. A mnie rozpierała ojcowska duma.
Przeżywaliśmy wtedy cudowne chwile. Ale nie wszystko szło po mojej myśli. Choć z jednej strony moje serce przepełniała radość i chluba z powodu naszych wielce utalentowanych i odważnych dzieci, to z kolei coraz częściej dowiadywałem się od znajomych, że widziano moją żonę z sąsiadem, Edwardem. Ale takie wiadomości nie były w stanie popsuć chwil szczęścia, których doświadczałem jako dumny ojciec.
Pewnego dnia, za namową Edwarda, zaciągnęliśmy z Marylą wysoki kredyt. W tym czasie banki oferowały pożyczki niskoprocentowe, co było bardzo opłacalne. Niepewność co do tego, czy spłacimy kredyt bez przeszkód, przyprawiała nas o dreszcze. W głowie szalały myśli, że to olbrzymia kwota do spłacenia, że wizja comiesięcznego ciułania na ratę nie będzie nas opuszczać latami, że trzeba będzie odmawiać sobie przyjemności. Ale mieliśmy na uwadze dobro dzieci i wspólną przyszłość. Zamierzałem wybudować drugą kondygnację domu i zakupić nową ciężarówkę. Teraz te plany mogły się ziścić. Po sprzedaniu samochodu Star, nabyłem ciężarówkę Jelcza, która miała zarabiać na spłatę pożyczki. I wtedy usłyszeliśmy tę straszną wiadomość: Balcerowicz drastycznie podniósł stopy oprocentowania kredytów już wziętych. Świat zawalił mi się w jednym momencie. Obserwując, jak padały wielkie zakłady, nie widziałem dla nas szansy na utrzymanie się dzięki jednej ciężarówce. Radykalnie zastopowano budowę domów jednorodzinnych. W tej sytuacji decyzja mogła być tylko taka: sprzedajemy działkę i spłacamy zadłużenie. Od mamy Maryli dostaliśmy propozycję powrotu do jej domu rodzinnego, co na chwilę obecną było jedynym słusznym wyjściem. Po przewiezieniu materiałów budowlanych, dobudowałem na wariackich papierach pomieszczenie do zamieszkania. Miałem jeszcze dość siły, by powiedzieć sobie, że się nie poddam. Ale ze strony żony nie otrzymałem żadnego wsparcia. Powtarzające się kłótnie dołowały jeszcze mocniej. Czułem, że żona robiła mi nieuzasadnione wymówki i strofowała mnie z byle powodu. A krytyka przychodziła jej bardzo łatwo. Jednocześnie wciąż dochodziły mnie słuchy o przyjaźni z naszym byłym sąsiadem.
Aby mieć środki do życia, sprzedałem samochód ciężarowy i zakupiłem barak znajdujący się w Kolonii Wierzchowisko, blisko często uczęszczanej drogi. Tam też założyłem sklep spożywczy. O dziwo, dogodne położenie sklepu sprawiło, że mój interes okazał się sukcesem. Sklep zapewniał coraz większą liczbę stałych klientów, a i przejezdni często zatrzymywali się w celach zakupowych. Tak minęły cztery lata. Pobudka o 3 rano, jazda po wędliny i pieczywo, otwarcie sklepu o godzinie 6, zamknięcie o godzinie 18, następnie udanie się do hurtowni spożywczej i chemicznej, przywóz i rozładowanie towaru, nabicie cen, powrót do domu, sen – tak wyglądał mój typowy dzień. Moja żona wcale mi nie pomagała. Natomiast prawdziwe oparcie znalazłem w swojej ukochanej nauczycielce z wczesnych lat młodości, pani Danusi, która mieszkała blisko sklepu. Rozmowy przy kawie i powroty, we wspomnieniach, do wspólnie spędzonych szkolnych lat urozmaicały mi chwile w trudach dnia codziennego. Do tej pory pamiętam jej słowa „Irek, ty jak mówisz o swoich dzieciach, to tak jakbyś lekko unosił się nad ziemią. Żeby tylko coś się nie wydarzyło”. Nie rozumiałem wówczas tych słów.
dscn1829
Zbliżała się matura mojego syna. Dom coraz bardziej nasiąkał oschłością i niezrozumieniem, nie tylko ze strony Maryli, ale i jej mamy, a także siostry Barbary. Miałem poczucie, iż jestem niepotrzebny i zbędny. Nawet moja córka miała coś niemiłego do powiedzenia na mój temat i zarzucała mi, że moje działania nie przynoszą pozytywnego skutku, że nie potrafię niczego załatwić. Jak już pisałem, Małgosia zamierzała zapisać się do akademii policyjnej w Szczytnie. Niestety, wedle wymogów, do szkoły mogły się dostać tylko dwie osoby z każdego województwa, a my dodatkowo dowiedzieliśmy się z pewnego źródła, że miejsca są już zarezerwowane i nie mamy żadnych szans. Jakby tego było mało, Bartek nie przeszedł rekrutacji do liceum ogólnokształcącego z powodu braku kilku wymaganych punktów kwalifikacyjnych. Taki rozwój sytuacji bardzo nas wszystkich podłamał.
Atmosfera w domu była już nie do zniesienia. Oboje męczyliśmy się w tym małżeństwie, a trwało to zdecydowanie za długo. Podjąłem ostateczną decyzję, bo nie widziałem już innego wyjścia z tej chorej sytuacji. Rozwód. Złożenie pozwu było niezwykle trudnym krokiem, ale koniecznym. Przez lata starałem się trzymać nasze małżeństwo w ryzach i dbałem o godne życie moich bliskich. Ale to nie wystarczyło, bo coś tym związku już dawno się wypaliło. Gdy spotkaliśmy się na pierwszej sprawie rozwodowej, zapytałem Maryli, czy na pewno nie widzi już sensu w dalszym byciu razem. Oboje w końcu uznaliśmy, że lepiej nam będzie osobno. Natomiast na drugiej rozprawie Małgosia została powołana na świadka. Nie chciałem wierzyć w to, co usłyszałem. Moja kochana córeczka przedstawiała mnie w czarnych barwach. Były to jedne z najgorszych chwil w moim życiu. Sędzina nie dała jednak wiary zeznaniom i ogłosiła rozwód bez orzekania o winie.
Starałem się uczyć żyć samotnie, przyzwyczaić do braku codziennego widoku moich kochanych dzieci. Wynajmowałem mieszkania w różnych częściach miasta, bo wciąż nie potrafiłem znaleźć prawdziwie swojego miejsca. Obojętność dzieci, które wydawały się nie mieć wielkiej potrzeby kontaktu z ojcem jeszcze bardziej rozrywała mi serce. Ich zachowanie tłumaczyłem sobie tym, że były prawie dorosłe i nie liczyły już na rodziców tak jak kiedyś, mając własne sprawy i problemy na głowie. Ale wtedy dowiedziałem się, że Maryla wraz z nowym partnerem zaplanowała wyjazd na stałe do Irlandii i zabierze ze sobą nasze dzieci. Nietrudno sobie wyobrazić, co wówczas czułem i jak ciężko było uporać się z wizją takiej rozłąki z dziećmi. W powiedzeniu „czas leczy rany” jest wiele prawdy, ale w moim przypadku czas ten wydłużał się niemiłosiernie.
I oto nadszedł październik. Niedzielny poranek. Ponura jesienna pogoda działała na mnie depresyjnie, bo nic w niej nie zachęcało do wyjścia z domu. Powiedziałbym raczej, że najrozsądniej było ułożyć się wygodnie na kanapie i spędzić czas przed telewizorem. Jednak nie! Kłóciło się to z moim wewnętrznym „ja”, które wręcz krzyczało, abym nie siedział sam w czterech kątach. W głowie kłębiły mi się kolejne podpowiedzi – może kino, teatr Filharmonia? W końcu w mojej głowie pojawił się pomysł, aby udać się do mojego ulubionego klubu, w którym, przy gorących rytmach wygrywanych przez zespół muzyczny, można sobie, jak przystało na „młodych” 64-latków, poszaleć na parkiecie do białego rana. Coraz weselszą atmosferę umilały moje koleżanki i koledzy, dzięki którym, niewiadomo kiedy, znikł mój depresyjny, podły nastrój. Wracając do swojego stolika zauważyłem, że obok siedzą same panie, a wśród nich ona, ta szczególna, na którą od razu zwróciłem uwagę. Nie wiem jak to się stało, może to serce skierowało moje spojrzenie w jej stronę. Ona, drobna blondynka o słodkim, szczerym uśmiechu, wodziła nieśmiało oczami po sali. Od razu skradła moje serce. Nagle opuściło mnie zmęczenie i chęć złapania oddechu po wcześniej przetańcowanych kawałkach. Zapragnąłem, aby zespół jak najszybciej zaczął grać kolejną piosenkę. Zniknęli znajdujący się dookoła nas ludzie. Widziałem tylko ją. Podszedłem do stolika, przy którym siedziała, nisko się ukłoniłem i zapytałem typowo, czy zechciałaby ze mną zatańczyć?. Chociaż odpowiedź była natychmiastowa, dla mnie oczekiwanie trwało wieczność. Usłyszałem twierdzącą odpowiedź, wypowiedzianą ciepłym, radosnym głosem. Jakże byłem rad. Wprawdzie przetańczyliśmy tylko cztery tańce, ale tych kilkanaście minut wystarczyło, abym poczuł mocniejsze uderzenia serca. Nie umiem wyjaśnić, co się ze mną działo w tamtym momencie. Niby wszystko było takie samo: przyjaciele, klub, muzyka, atmosfera, a jednak coś się zmieniło. I choć moja nowo poznana partnerka do tańca nie wyróżniała się niczym szczególnym od pozostałych pań, to było w niej to „coś”, co sprawiło, że jakaś nieznana siła przyciągała mnie do niej i że czas zatrzymał się dla nas w tamtej zaklętej chwili. Po raz pierwszy w życiu naprawdę poczułem jak moje serce zaczyna szybciej bić i przepełnia się szczęściem. Moja towarzyszka w tamtej chwili zmieniła ponurą jesień w pełną życia wiosnę, która przyniosła mi nadzieję na coś wspaniałego. Perspektywa naszego pierwszego wspólnego wyjazdu do miejscowości położonej niedaleko Lublińca na imprezę andrzejkową nie wzbudzała we mnie entuzjazmu. Miała to bowiem być zabawa dla osób niewidomych i słabo widzących, więc obawiałem się, że będę czuć się skrępowany. Jakże mylne były moje obawy. Gdy zobaczyłem, jak moi nowi towarzysze, pomimo swojej niepełnosprawności, doskonale sobie radzą w tańcu, bawiąc się przy tym wyśmienicie, zapragnąłem poczuć to co oni. Zamknąłem oczy i próbowałem swoim ciałem odzwierciedlić to, co oni sami robili w tańcu. Efekt był komiczny. Próg, którego nie wyczułem, doprowadził mnie do utraty równowagi i obdarcia czoła. Mój upadek był niczym w porównaniu z prośbą mojej towarzyszki, bym więcej nie pił alkoholu. Małe, zabawne nieporozumienie – niby nic, a potrafi zbliżyć ludzi. Była to niezapomniana impreza, a ja poczułem, że z taką osobą, moją drugą połówką, życie zaczęło mi się układać jak w bajce.
Niestety to, co dobre, nie trwa wiecznie, a życie lubi rzucać kłody pod nogi. I tak było również w moim przypadku. Dokuczające mi od jakiegoś czasu boleści i złe samopoczucie skłoniły mnie do wizyty u lekarza, który skierował mnie na badania lekarskie. To, co się następnie wydarzyło będę pamiętał do końca swych dni… . Okazało się, że muszę się natychmiast poddać operacji jelita grubego. Zabieg trwał prawie 3 godziny, przebiegł prawidłowo i po kilku dniach rekonwalescencji wróciłem do domu. Jednak najgorsze było przede mną. Kolejne badania wykazały, że muszę udać się na oddział onkologiczny znajdujący się w szpitalu na Parkitce, aby wybrać określone dawki chemii. Chemia, rak, onkologia – słowa, które potrafią człowieka przerazić, sprawić, iż nawet największy optymista ugnie się przed chorobą. Zdrowy człowiek nie zdaje sobie sprawy z pewnych rzeczy. Ja, będąc po tej drugiej stronie, jako osoba chora, doświadczyłem przeróżnych mrocznych myśli. Ciężko dobrać słowa, by opisać ten stan. Wiem jedno – człowiek podczas choroby musi się zmagać również z samym sobą, ze swoimi słabościami i nie może się poddać. Kiedy moje wyniki znacznie się poprawiły stwierdziłem, że czas zakończyć leczenie, a swoją decyzję przekazałem prowadzącemu mój przypadek lekarzowi. Jakie było moje zaskoczenie, gdy Pan Doktor zbluzgał mnie w swoim gabinecie, dając mi wykład na temat mojej lekkomyślności i niedojrzałości. Krzyki Doktora, dochodzące
z gabinetu, zaciekawiły nie tylko personel szpitala, ale i pacjentów z sal obok. W tamtym momencie pragnąłem jak najszybciej znaleźć się w domu. Byłem kompletnie zdezorientowany, zawstydzony, nie wiedziałem, co myśleć. Skąd taka ostra reakcja lekarza, jeśli wyniki są dobre, a ja czuję się zdrowy? Na szczęście trafiłem do Pani Doktor Izabeli Prudło. Z cierpliwością i zrozumieniem wytłumaczyła mi, że muszę pamiętać, iż mimo dobrych wyników wciąż noszę w sobie tykającą bombę zegarową, a przerwanie leczenia może ją ponownie uruchomić. Zrozumiałem, że walka jeszcze się nie skończyła, że muszę dokończyć leczenie, nie poddawać się i zaufać wiedzy i doświadczeniu lekarzy. Byłem wdzięczny Pani Doktor za wyjaśnienie mi mojej sytuacji i tak ważne dla mnie wsparcie. Czułem się jednak przybity. Miałem nadzieję, że to już koniec mojej choroby, że już nie będę musiał walczyć. Gdy czułem, że znów upadam na duchu pojawiło się światełko, pomocna dłoń – moja Basia. Kobieta, która mnie zmobilizowała, pchnęła w stronę normalności, ale przede wszystkim była przy mnie. Załatwiła mi pracę na stanowisku ochroniarza, co choć na chwilę pozwoliło mi zapomnieć o chorobie. To, kim teraz jestem, zawdzięczam także koleżance Ani Gabarskiej, która potrafi dotrzeć do wnętrza każdego, zamkniętego w sobie osobnika i niczym najlepszy psycholog wyciągnąć na prostą.
Od 2013 roku moje nowe życie kręci się wokół Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy Akademii Jana Długosza i Częstochowskiego Stowarzyszenia „Jesteśmy razem”, gdzie spędzam niezapomniane chwile z dobrymi, wspaniałymi ludźmi, jak Ania, Witold czy moja cudowna, kochana Basia, która jest dla mnie nieocenionym darem od losu.
Obecnie żyję sobie spokojnie. Choroba nauczyła mnie doceniać życie, głębiej rozumieć starą prawdę, że życie mamy tylko jedno. Szkoda, że wielu ludzi żyje tak, jak gdyby mieli jeszcze jakieś w zanadrzu. Ja zamierzam czerpać ze swojego ile się da. Bo życie, choć kruche, może być tak piękne…

autor: Ireneusz