dscn0069

Życiorys sercem pisany

Przyszłam na świat 12 maja 1937 r. jako trzecie z kolei dziecko (trzecia córka) moich rodziców. Kilka lat później urodził się mój brat, więc było nas już czworo.
Rodzicom nie powodziło się najlepiej; mama zajmowała się domem, tata co prawda pracował, lecz mimo to nie starczało na utrzymanie sześcioosobowej rodziny.
Dorastałam w trudnym, powojennym okresie, który odebrał mi możliwość zdobycia wykształcenia, o którym marzyłam. Jednym z moich największych pragnień było zdobycie wyższego wykształcenia ekonomicznego, jednak ze względu na pogarszające się warunki materialne musiałam przerwać swoją edukację na poziomie drugiej klasy technikum ekonomicznego.
Jako szesnastoletnia dziewczyna podjęłam swoje pierwsze zatrudnienie w wydziale ekonomicznym, na wydziale Walcowni Rur w Hucie im. B. Bieruta (obecnie Huta Częstochowa).
Marzenia o studiach odeszły bezpowrotnie, jednak świadomość powierzenia mi tak odpowiedzialnego stanowiska (w dodatku zgodnego z moimi zainteresowaniami) w dużej części zrekompensowała stratę.
Byłam dorosłą, samodzielną kobietą, gdy poznałam swojego męża. Bardzo go kochałam, a ponieważ myśl o założeniu i posiadaniu własnej rodziny była od zawsze moim wielkim pragnieniem, w niedługim czasie się pobraliśmy.
Urodziło nam się troje wspaniałych dzieci, które były dla nas zawsze ogromnym wsparciem i są nim dla mnie do dziś.
Oboje z mężem pracowaliśmy zawodowo, godząc wszystkie obowiązki. Ze względu na rosnące (wraz z dziećmi) potrzeby zmieniałam zakłady pracy na takie, w których miałam lepsze propozycje wynagrodzenia. Wraz ze zmianą posady zdobywałam też nowe, wyższe kwalifikacje.
Niestety nie wszystko układało się tak jak bym tego chciała. Mąż coraz częściej zaglądał do kieliszka, gdy wracał upojony alkoholem zachowywał się agresywnie w stosunku do mnie i do naszych dzieci. Coraz częściej pił, aż popadł w nałóg.
Nasze życie stało się koszmarem. Wiele razy przepraszał i obiecywał, że już nie będzie pił, po czym zawsze wracał do nałogu.
Coraz bardziej rozchodziły się nasze drogi, cały ciężar dbałości o rodzinę spoczywał na moich barkach.
Chciałam zapewnić dzieciom wszystko to, czego sama nie dostałam; dobre wykształcenie, wychowanie, miłość, poczucie bezpieczeństwa, lecz byłam w tym sama.
Sama troszczyłam się o dobro dzieci, a ich sukcesy były dla mnie największą nagrodą.
Mąż zajęty był sobą i własnym życiem. Nie mogłam na niego liczyć, a jego pijackie wybryki coraz bardziej uprzykrzały mi życie.
Do tego stopnia, że któregoś dnia postanowiłam je sobie odebrać. Dzięki Bogu, że zostało mi to wtedy udaremnione.
Mimo to, nigdy nie podjęłam decyzji odejścia od męża, a nasze dzieci nauczyłam szacunku do ojca, niezależnie od okoliczności.
W czasie trwania mojej pracy zawodowej uległam dwóm bardzo ciężkim wypadkom w ciągu jednego roku.
W biurowcu, w którym pracowałam, uszkodzone zostały drzwi do windy i przez czyjeś niedopatrzenie nie zostało wywieszone żadne ostrzeżenie.
Gdy otworzyłam drzwi nieoświetlonej windy weszłam do kabiny, której tam po prostu nie było. Spadłam z wysokości 5,5 metra. W konsekwencji doznałam złamania nogi z przemieszczeniem kości oraz licznych, ciężkich obrażeń ciała. To prawdziwy cud od Boga, że przeżyłam!
Leżąc przykuta do łóżka, z nogą na wyciągu marzyłam tylko o tym, by znów chodzić.
Przeszłam m.in.: wstrząs mózgu, ciężkie obustronne zapalenie płuc oraz operację woreczka żółciowego z powodu bardzo silnych ataków.
Leczenie przez cztery i pół miesiąca w klinice oraz intensywna rehabilitacja postawiły mnie znów na nogi, znów mogłam wrócić do pracy.
Gdy któregoś dnia kierowca wiózł mnie służbowo na lotnisko, nasz samochód zderzył się czołowo z samochodem dostawczym.
Zostałam przewieziona do kliniki ze skomplikowanym złamaniem prawej ręki, uszkodzonym w niej nerwem, obrażeniami twarzy i potłuczonymi obiema nogami.
Znów spędziłam trzy i pół miesiąca na leczeniu, z zaleceniem dalszej rehabilitacji.
Tak jak poprzednio, tak i w tym przypadku przeżyłam, gdyż Bóg tak chciał.
Sami lekarze powtarzali, że to prawdziwy cud!
Tak, to prawda! To wielki cud, że Bóg w jednym roku dwa razy uratował mnie od śmierci.
Widać, miał swój plan do mojego życia, skoro dał mi jeszcze szansę, a ja nie zamierzałam jej zmarnować i zapomnieć o tym, co się zdarzyło. Powiedziałam wtedy Bogu, że chcę Mu odtąd służyć do końca moich dni.
Wkrótce po tych zdarzeniach znów wróciłam do pracy. Wtedy nadszedł czas zmiany ustroju w naszym Państwie. Nowy system miał za nic wartość i godność człowieka. Mimo, że wyrósł na gruncie buntu społecznego przeciwko niesprawiedliwości społecznej, jak się wówczas wydawało, to ze sprawiedliwością społeczną nie miał on nic wspólnego.
Ludzie byli masowo zwalniani z pracy, zakłady pracy likwidowano, coraz więcej osób przechodziło na tzw. zasiłki dla bezrobotnych.
Również i ja zostałam zwolniona bez uprzedzenia, bez jakiejkolwiek wcześniejszej rozmowy, czy ustalenia.
Przyznam szczerze, że przez 36 lat mojej pracy zawodowej nigdy wcześniej nie byłam tak źle i niesprawiedliwie potraktowana. Nie miałam jednak wyjścia; złożyłam dokumenty do ZUS
i przeszłam na tzw. wcześniejszą emeryturę, zgodnie z obowiązującą ustawą.
Będąc wciąż pełną energii i sił życiowych wciąż szukałam okazji, by móc pomagać ludziom będącym w różnych potrzebach. Poznawałam coraz więcej nowych osób, aż któregoś dnia otrzymałam zaproszenie na projekcję filmu ewangelizacyjnego do Klubu Politechnik.
Tam usłyszałam Słowo Prawdy o Jezusie Chrystusie, że jest Panem i Zbawicielem oraz o Jego wielkiej miłości do mnie.
Uwierzyłam wówczas w Pana Jezusa i oddałam swoje życie całkowicie pod Jego panowanie, wierząc, że On nagradza tych, którzy Mu ufają i kroczą Jego drogami.
Przepełniona Jego miłością, tak bardzo szczęśliwa wróciłam do swego domu.
Uwolniona przez Jezusa Chrystusa spod ciężaru mych grzechów zaczęłam inaczej patrzeć na mojego męża. On także – tak jak i ja- potrzebował Chrystusa, aby zmieniło się jego życie.
Moje dzieci także poznały dobroć i łaskę Pana Jezusa; odtąd razem przynosiliśmy mojego męża w modlitwach przed oblicze miłosiernego Boga.
Któregoś dnia mąż – wracając do domu z jakiejś imprezy -nieszczęśliwie upadł i nie mógł się podnieść o własnych siłach. Nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc.
Wtedy, z takiej pozycji zaczął wołać do Boga, a Bóg go usłyszał.
Bóg nie tylko pomógł mu podnieść się z chodnika, ale również podniósł go do godności dziecka Bożego, darując mu wszystkie jego winy i całkowicie uwalniając go od alkoholizmu.
Mój mąż nigdy już nie tknął alkoholu, szczęśliwy służył Bogu, a Pan pomagał nam odbudowywać zniszczone relacje w rodzinie.
Ja odzyskałam męża, a dzieci ojca, gdyż Bóg w swym wielkim miłosierdziu podarował nam 20 najpiękniejszych lat naszego wspólnego życia.
W międzyczasie powstała organizacja pozarządowa, w której społecznie pracuję już od 21 lat. Mogę się tu spełniać w przyrzeczeniu, które niegdyś złożyłam Bogu.
Kocham Boga, dlatego kocham ludzi, dlatego też z radością im usługuję, jestem z nimi w ich problemach życiowych. Codziennie jestem otoczona Bożą miłością i przychylnością.
Moja najbliższa rodzina także zaangażowana jest w działalność tej samej organizacji, co daje nam wiele radości i satysfakcji, że w ten sposób możemy wypełniać wolę Bożą na ziemi.
Niestety, dziś bardzo brakuje mi mojego męża. Odszedł trzy lata temu, ale pozostawił po sobie wiele cudownych wspomnień ze wspólnie przeżytych 20 lat, które podarował nam Pan.
Kiedyś i ja dołączę do mojego męża, gdy zakończy się już moja służba na ziemi.
Pójdę tam, gdzie on już dziś przebywa – do naszego Ojca w niebie.
Krystyna